Pilsko – drugi co do wysokości szczyt Beskidu Żywieckiego królujący na 1557 m n.p.m. Nazwa ta odnosi się do całego masywu, natomiast jego główna kulminacja znajduje się po słowackiej stronie.
W naszych polskich granicach za wierzchołek Pilska uznaje się Górę Pięciu Kopców 1534 m n.p.m.
Jak to zwykle bywa, mamy wiele opcji do wyboru, aby dotrzeć na szczyt. Decydujemy się wyruszyć z Przełęczy Glinne (809m n.p.m.).
Przy początku czerwonego szlaku znajduje się tutaj niewielki, bezpłatny parking, sąsiadujący bezpośrednio z przejściem granicznym.
Nie jest to chyba zbyt popularny szlak, ponieważ mimo późnej pory bez problemu udaje nam się zaparkować. Chociaż na Google można znaleźć wręcz odwrotne opinie, że trzeba być dużo wcześniej, bo ciężko zaparkować.
Już przy pierwszych krokach wita nas rozległe błoto, więc nazwa przełęczy raczej nie jest tutaj przypadkowa.
Pierwszy kilometr trasy jest tak naprawdę kluczeniem między drzewami obok szlaku i poszukiwaniem fragmentów podłoża, które pozwolą przejść dalej suchą stopą.
Także zdecydowanie nie polecam wybierać tej trasy po deszczowych dniach, czy podczas wiosennych roztopów. Chyba, że lubicie błotko.
Na szczęście im dalej w las i wyżej, tym lepiej. Po dość płaskim i łagodnym początku, zaczynają się podejścia, natomiast nie są one jakoś bardzo wymagające, czy strome. Zresztą, jesteśmy przecież w Beskidach.
Po około 2 km docieramy do rozwidlenia szlaków czerwonego i niebieskiego. Decydujemy się kontynuować wędrówkę czerwonym szlakiem, prowadzącym najpierw do schroniska na Hali Miziowej.
Krótko po minięciu wspomnianego rozdroża spotykamy coraz większe płaty śniegu. Jest to dość zaskakujący widok, ponieważ mamy maj i prawie 20 stopni…
Po około 50 min nareszcie otwierają się przed nami piękne panoramy – docieramy na Halę Miziową (1310 m n.p.m.).
Z ciekawostek – niegdyś w tym miejscu prowadzono intensywną gospodarkę pasterską, stąd określenie „hala”. Natomiast nazwa wywodzi się od nazwiska jednego z właścicieli polany z 1930 r., którym był Mizia.
Na Hali Miziowej znajduje się także schronisko, które jest najwyżej położonym schroniskiem w polskich Beskidach.
Robimy sobie przerwę na obiad z widokiem na Babią Górę. Ku naszemu zaskoczeniu ludzi jest bardzo mało, ale w sumie też na szlaku nie spotkaliśmy praktycznie nikogo.
Zamawiamy w schronisku placki ziemniaczane, które bardzo polecam. Tarte na miejscu, smakują jak u mamy!
Obserwujemy pojedyncze osoby, docierające tutaj z różnych stron.
Sami decydujemy się na „atak szczytowy” czarnym szlakiem biegnącym wzdłuż wyciągów.
Początkowo podchodzimy brodząc w śniegu, który stawia dodatkowy opór. Natomiast wynagradzają nam to widoki, które rozciągają się za naszymi plecami, dlatego warto co jakiś czas spojrzeć za siebie.
Po około 30 min wędrówki docieramy do znaku „Pilsko 1534 m n.p.m.”. Byłam zupełnie nieświadoma, że to nie jest jeszcze właściwy szczyt. Rozsiadłam się więc wygodnie, żeby podziwiać niesamowitą panoramę na Tatry, Jezioro Orawskie i królującą samotnie Babią Górę.
Tutaj także nie było nikogo, więc była to miła odmiana po górach obleganych zazwyczaj przez tłum ludzi.
Po chwili zostałam oświecona pytaniem, czy idziemy dalej na właściwy szczyt, który znajdował się 10 min dalej.
Faktycznie już po stronie słowackiej znajdziemy tabliczkę z właściwą wysokością wierzchołka Pilska, a także ołtarz z krzyżem. Panorama stąd roztacza się na każdą stronę.
Dla odmiany schodzimy niebieskim szlakiem, aby dotrzeć do rozwidlenia szlaków, na którym wcześniej wybraliśmy kolor czerwony i dotarliśmy najpierw do schroniska.
Początkowo śniegu jest jeszcze więcej i towarzyszy nam nieustannie szum strumyka. Okazuje się, że pod tą skorupą śniegową płynie sobie dość wartko woda, zakładam że głównie pochodząca z topniejącego śniegu. Trzeba uważać, bo niekiedy można zapaść się nawet po kolana, trafiając stopą wprost do wody.
Cała wycieczka była dość łatwa i przyjemna. Jedyny minus to bardzo błotnisty początek trasy.
Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to około 2h drogi.
Polecam też sprawdzić opcję żółtego szlaku z Korbielowa, bądź zielonym z Sopotni Wielkiej. Czerwony szlak z Przełęczy Glinne jest ponoć najszybszą opcją.
Beskidy – polskie pasmo górskie, równie piękne, a mam wrażenie, że wciąż niedoceniane. Zazwyczaj mówiąc o wakacjach w górach przychodzą nam na myśl Tatry lub Bieszczady.
Dlatego też dzisiaj postaram się przybliżyć Wam niesamowite miejsce w Beskidzie Żywieckim – Hala Rysianka.
Na wycieczkę wybraliśmy się w ostatni weekend sierpnia. Dzień nie zapowiadał się upalnie, co nas w sumie cieszyło.
Z Krakowa wyjechaliśmy z samego rana, czekało nas około 2h jazdy. Przeczytaliśmy, że samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu w miejscowości Żabnica, skąd wychodzą szlaki zarówno na Halę Rysiankę, jak i na Halę Boraczą.
Niestety parking ten jest dość mały, ale udało nam się zająć ostatnie miejsce. Zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy w trasę
Wybraliśmy zielony szlak, który bezpośrednio prowadzi na Halę Rysiankę.
Początkowy odcinek trasy biegnie asfaltem. Po drodze mijamy kapliczki oraz różne ciekawe zabudowania.
Naszą uwagę przykuwa mała drewniana chata, obwieszona jarzębiną, która wygląda niesamowicie.
Po przejściu ponad kilometra, nareszcie asfalt się kończy i szlak odbija w las. Okazuje się jednak, że czeka nas dość strome podejście, kamienistą drogą.
Po niemałym wysiłku, pojawia się płaski odcinek. Łapiemy więc chwilę oddechu, aby zaraz zacząć się wspinać ponownie.
Na szczęście zaraz wychodzimy ponad poziom lasu i naszym oczom zaczynają ukazywać się widoki. Ścieżka jest wąska i zarośnięta, ale dość przyjemna. Na szklaku nie ma zbyt wielu ludzi, co nas w sumie trochę dziwi, ale też zupełnie nie przeszkadza.
Nadal pniemy się w górę, aż docieramy do Hali Pawlusia. Stąd pozostaje nam około 20 min, aby dotrzeć do celu naszej wycieczki.
Nareszcie po około 1h 20 min trekkingu naszym oczom ukazuje się Hala Rysianka wraz ze znajdującym się tutaj Schroniskiem Górskim „Rysianka”.
W schronisku można wynająć sobie pokój, a także zarezerwować miejsce na polu namiotowym. Organizowane są tam też różne wydarzenia, m.in. śpiewogrania.
W schronisku kupujemy piwo z lokalnego beskidzkiego browaru rzemieślniczego, które jest bardzo smacznym orzeźwieniem po wysiłku.
Rozsiadamy się na hali, aby się posilić i chwilę odpocząć.
Jeśli chodzi o samo miejsce – Hala Rysianka znajduję się na wysokości 1322 m n.p.m. i jest bardzo widokowa. Przy dobrej pogodzie widać stąd Tatry oraz Babią Górę. Z powodu zachmurzenia, niestety nie udaje nam się ich zobaczyć, ale miejsce jest piękne.
Dlatego też polecam zarezerwować sobie czas na dłuższą przerwę na hali.
Ponieważ wiatr zaczyna się wzmagać i pojawia się coraz więcej ciemnych chmur, decydujemy się ruszać z powrotem. Nie chcemy jednak wracać tą samą trasą, chociaż oczywiście najlepiej byłoby zejść do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.
Znajdujemy szlak prowadzący przez Halę Lipowską oraz Halę Boracza, który schodzi dalej do Żabnicy. Ruszamy więc w drogę powrotną.
Do Hali Lipowskiej znajdującej się na wysokości 1324 m n.p.m. docieramy po około 15 minutach. Jest tutaj kolejne schronisko oraz pole namiotowe.
Schroniska są naprawdę bardzo blisko siebie, dlatego też nie zatrzymujemy się. Kierujemy się dalej w dół, bardzo przyjemną drogą biegnącą wśród pięknych, górskich pejzaży.
Poruszamy się teraz żółtym szlakiem, aż do Hali Redykalnej znajdującej się na wysokości 1060 m n.p.m.
Następnie docieramy do Hali Boracza, przy której znajduje się kolejne schronisko. Stąd mamy jeszcze około 40 min drogi czarnym szlakiem, aby dotrzeć do samochodu.
Podsumowując: cała wycieczka zajęła nam około 3,5 h marszu. Poziom trudności oceniłabym na łatwy. Jedynym bardziej wymagającym odcinkiem było początkowe podejście (300 m w górę na odcinku 1,5 km).
Ze względu na ilość schronisk po drodze, myślę że to dobra trasa dla początkujących piechurów oraz dla rodzin z dziećmi.