Pilsko – drugi co do wysokości szczyt Beskidu Żywieckiego królujący na 1557 m n.p.m. Nazwa ta odnosi się do całego masywu, natomiast jego główna kulminacja znajduje się po słowackiej stronie.
W naszych polskich granicach za wierzchołek Pilska uznaje się Górę Pięciu Kopców 1534 m n.p.m.
Jak to zwykle bywa, mamy wiele opcji do wyboru, aby dotrzeć na szczyt. Decydujemy się wyruszyć z Przełęczy Glinne (809m n.p.m.).
Przy początku czerwonego szlaku znajduje się tutaj niewielki, bezpłatny parking, sąsiadujący bezpośrednio z przejściem granicznym.
Nie jest to chyba zbyt popularny szlak, ponieważ mimo późnej pory bez problemu udaje nam się zaparkować. Chociaż na Google można znaleźć wręcz odwrotne opinie, że trzeba być dużo wcześniej, bo ciężko zaparkować.
Już przy pierwszych krokach wita nas rozległe błoto, więc nazwa przełęczy raczej nie jest tutaj przypadkowa.
Pierwszy kilometr trasy jest tak naprawdę kluczeniem między drzewami obok szlaku i poszukiwaniem fragmentów podłoża, które pozwolą przejść dalej suchą stopą.
Także zdecydowanie nie polecam wybierać tej trasy po deszczowych dniach, czy podczas wiosennych roztopów. Chyba, że lubicie błotko.
Na szczęście im dalej w las i wyżej, tym lepiej. Po dość płaskim i łagodnym początku, zaczynają się podejścia, natomiast nie są one jakoś bardzo wymagające, czy strome. Zresztą, jesteśmy przecież w Beskidach.
Po około 2 km docieramy do rozwidlenia szlaków czerwonego i niebieskiego. Decydujemy się kontynuować wędrówkę czerwonym szlakiem, prowadzącym najpierw do schroniska na Hali Miziowej.
Krótko po minięciu wspomnianego rozdroża spotykamy coraz większe płaty śniegu. Jest to dość zaskakujący widok, ponieważ mamy maj i prawie 20 stopni…
Po około 50 min nareszcie otwierają się przed nami piękne panoramy – docieramy na Halę Miziową (1310 m n.p.m.).
Z ciekawostek – niegdyś w tym miejscu prowadzono intensywną gospodarkę pasterską, stąd określenie „hala”. Natomiast nazwa wywodzi się od nazwiska jednego z właścicieli polany z 1930 r., którym był Mizia.
Na Hali Miziowej znajduje się także schronisko, które jest najwyżej położonym schroniskiem w polskich Beskidach.
Robimy sobie przerwę na obiad z widokiem na Babią Górę. Ku naszemu zaskoczeniu ludzi jest bardzo mało, ale w sumie też na szlaku nie spotkaliśmy praktycznie nikogo.
Zamawiamy w schronisku placki ziemniaczane, które bardzo polecam. Tarte na miejscu, smakują jak u mamy!
Obserwujemy pojedyncze osoby, docierające tutaj z różnych stron.
Sami decydujemy się na „atak szczytowy” czarnym szlakiem biegnącym wzdłuż wyciągów.
Początkowo podchodzimy brodząc w śniegu, który stawia dodatkowy opór. Natomiast wynagradzają nam to widoki, które rozciągają się za naszymi plecami, dlatego warto co jakiś czas spojrzeć za siebie.
Po około 30 min wędrówki docieramy do znaku „Pilsko 1534 m n.p.m.”. Byłam zupełnie nieświadoma, że to nie jest jeszcze właściwy szczyt. Rozsiadłam się więc wygodnie, żeby podziwiać niesamowitą panoramę na Tatry, Jezioro Orawskie i królującą samotnie Babią Górę.
Tutaj także nie było nikogo, więc była to miła odmiana po górach obleganych zazwyczaj przez tłum ludzi.
Po chwili zostałam oświecona pytaniem, czy idziemy dalej na właściwy szczyt, który znajdował się 10 min dalej.
Faktycznie już po stronie słowackiej znajdziemy tabliczkę z właściwą wysokością wierzchołka Pilska, a także ołtarz z krzyżem. Panorama stąd roztacza się na każdą stronę.
Dla odmiany schodzimy niebieskim szlakiem, aby dotrzeć do rozwidlenia szlaków, na którym wcześniej wybraliśmy kolor czerwony i dotarliśmy najpierw do schroniska.
Początkowo śniegu jest jeszcze więcej i towarzyszy nam nieustannie szum strumyka. Okazuje się, że pod tą skorupą śniegową płynie sobie dość wartko woda, zakładam że głównie pochodząca z topniejącego śniegu. Trzeba uważać, bo niekiedy można zapaść się nawet po kolana, trafiając stopą wprost do wody.
Cała wycieczka była dość łatwa i przyjemna. Jedyny minus to bardzo błotnisty początek trasy.
Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to około 2h drogi.
Polecam też sprawdzić opcję żółtego szlaku z Korbielowa, bądź zielonym z Sopotni Wielkiej. Czerwony szlak z Przełęczy Glinne jest ponoć najszybszą opcją.
Kolejny weekend przed nami, także jak zwykle sprawdzamy prognozę pogody.
Niedziela zapowiada się chłodno, aczkolwiek słonecznie, dlatego od razu zaczynamy szukać inspiracji na kolejną górską wycieczkę.
Od pewnego czasu zerkamy na szczyty znajdujące się w Koronie Gór Polski. Stąd też nasz wybór pada na Pieniny i szczyt Wysoka (1050 m n.p.m.)
Mamy końcówkę listopada, dzień jest coraz krótszy. Dlatego też staramy się wybierać krótkie trasy, żeby nie zrywać się zbyt wcześnie, a równocześnie mieć szansę na spokojny spacer, zanim zapadnie zmrok.
Wyjeżdżamy z Krakowa po 8 rano i po około 2 godzinach drogi docieramy na parking znajdujący się u wejścia do Wąwozu Homole.
Parking jest bardzo duży, o tej porze roku, mimo dość późnej godziny nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Opłata jest naliczana z każdą godziną parkowania.
Z parkingu musimy przejść około 200 m wzdłuż ulicy, następnie po prawej stronie docieramy do wejścia do Wąwozu oraz początku naszego zielonego szlaku.
W Wąwozie wędrujemy wzdłuż rzeki Kamionka i w bardzo urokliwych okolicznościach przyrody. Po drodze czeka na nas kilka metalowych kładek i schodów.
Dodatkowo ponieważ poprzedniego dnia padało, pod butami mamy pełno błota i śliskich kamieni. Na szczęście ten odcinek jest dość prosty, także przemieszczamy się trochę wolniej, ale cały czas do przodu.
Docieramy do Dolinki Dubantowskiej, na której znajduje się grupa skał „Kamienne księgi” – bardzo ciekawa formacja skalna. Są tutaj też stoliki, przy których można sobie chwile odpocząć.
Po około kilometrze docieramy do końca Wąwozu, tutaj szlak odbija w prawo. Kolejny kilometrowy odcinek pokonujemy lasem, tym razem jest to raczej płaska ścieżka.
Dalej wychodzimy w końcu z lasu na otwarte przestrzenie. Zaczynamy odczuwać mocniejsze podmuchy zimnego wiatru. Natomiast widoki, które ukazują się naszym oczom wszystko wynagradzają.
Od bazy namiotowej Pod Wysoką rozpoczynamy bardziej strome podejście. Dalej wchodzimy ponownie w las, a ścieżka staje się jeszcze bardziej stroma – cieszę się, że wybraliśmy ten kierunek i nie będziemy tędy schodzić. Przy obecnym błocie nie byłoby to zbyt przyjemne.
Docieramy do rozdroża i zmieniamy kolor szlaku na niebieski.
Dalej pnąc się w górę dochodzimy do kolejnego rozwidlenia, które wskazuje 15-minutowe podejście na sam szczyt. Jest ono również dość strome, natomiast po drodze znajdujemy tutaj platformy widokowe.
Największa platforma znajduje się na samym szczycie. Stąd też rozpościera się przepiękna panorama na Tatry, Trzy Korony oraz Babią Górę.
Koło tabliczki z nazwą szczytu, znajdziecie także skrytkę z pieczątką, którą możecie sobie przybić jako dowód zdobycia kolejnego szczytu z Korony.
Przez chwilę przyglądamy się spektaklowi, które tworzą chmury, przemieszczające się pomiędzy nami a podnóżem Tatr.
Jednak z powodu zimnego wiatru, po kilku minutach schodzimy z powrotem do rozdroża. Stąd kierujemy się dalej niebieskim szlakiem w stronę Schroniska pod Durbaszką.
Czekają tutaj na nas jeszcze dwa krótkie, strome zejścia i podejścia.
Natomiast dalej wędrujemy cały czas płaskim odcinkiem, aż docieramy do ogromnej polany z ławeczką. Tutaj też należy odbić ze szlaku, aby dotrzeć do Schroniska pod Durbaszką.
W schronisku zatrzymujemy się na mały deser – bardzo dobrą szarlotkę i gorącą herbatę. Dla spragnionych zimnego piwka w upalny dzień – schronisko nie sprzedaje alkoholu!
Niestety spod samego budynku nie ma zbyt spektakularnego widoku – także na dłuższą przerwę polecam zatrzymać się wcześniej.
Po krótkiej regeneracji ruszamy w dół drogą od schroniska – nie ma tutaj wyznaczonego konkretnego szlaku. Natomiast droga jest dość szeroka i przyjemna. Po około 2,5 km marszu docieramy z powrotem na parking.
Krótka, ale za to przepiękna wycieczka. Widoki z samego szczytu są niesamowite. Na trasie spotkaliśmy niewiele osób – zapewne ze względu na porę roku. Trasę oceniam jako raczej prostą – tak jak wspominałam, napotkacie tutaj kilka stromych podejść, ale nie są one takie złe.
Góry jesienią? W głowie pojawia się tylko jedno skojarzenie – Bieszczady.
W tym roku udało nam się dotrzeć tu w październiku i doświadczyć tych niesamowitych bieszczadzkich kolorów.
Jednym z pozytywnych zaskoczeń tego wyjazdu był szlak na Małą i Wielką Rawkę.
Byłam tam już kilka razy, ale tym razem wybrana trasa okazała się strzałem w dziesiątkę.
Wycieczkę rozpoczynamy zielonym szlakiem, niedaleko przystanku Wetlina, Rawka. W tym miejscu, przy wejściu na szlak, nie ma niestety parkingu. Znajduje się tutaj jedynie budka, w której można kupić bilety do wejścia do parku.
Dlatego też najbardziej polecam podjechać sobie busem. Wtedy odpada też problem powrotu w to samo miejsce po samochód.
Zielony szlak wchodzi od razu w las – początkowo są to dość gęste zarośla.
Poprzednie dni były raczej deszczowe, także mamy do pokonania kilka błotnistych fragmentów.
Na szczęście po drodze jest wiele kładek i mostków.
Po przejściu krótkiego fragmentu, widzimy przed sobą całkiem strome podejście, pełne schodków.
Atakujemy!
Pomimo wysiłku, okoliczności przyrody są tak piękne, że więcej uwagi poświęcamy temu niż zmęczeniu. Otacza nas bowiem dywan czerwonych liści.
Po pokonaniu około 200 m przewyższenia, robi się już spokojniej. Wychodzimy z lasu, gdzie zaczynają się otwierać piękne widoki na góry i jeszcze intensywniejsze kolory.
Cały czas wędrujemy wśród intensywnej czerwieni borówek, traw charakterystycznych dla bieszczadzkich połonin, a przed nami niesamowicie przebarwione drzewa.
Szlak teraz biegnie całkiem łagodnie, cały czas poruszamy się wąską ścieżką, a oczy mamy dookoła głowy.
Dodatkowym atutem tej trasy jest to, że nie ma tutaj praktycznie ludzi. Spotykamy na szlaku pojedyncze osoby, mimo że jest to weekend.
Zazwyczaj ludzie idąc na Rawki wybierają krótsze szlaki – zielony z Przełęczy Wyżniańskiej, bądź niebieski z Ustrzyk Górnych.
Ja bardzo się cieszę, że wybraliśmy ten dłuższy, zielony szlak prowadzący przez Dział.
Droga biegnie na przemian lasem i długimi polanami.
Błękit nieba, piękne słońce, złota polska jesień i łagodność trasy sprawiają, że jesteśmy zachwyceni.
Po około 7 km ukazuje się nam niewielkie podejście na Małą Rawkę.
Dalej na prawo, widzimy Wielką Rawkę, cel naszej wycieczki.
Wychodzimy na szczyt Małej Rawki (1267 m n.p.m.), gdzie zaczyna strasznie wiać – także szybkie zdjęcie i lecimy dalej, żeby znaleźć sobie jakieś miejsce osłonięte od wiatru.
W drodze na Wielką Rawkę otwierają się dookoła nas kolejne widoki. Nadal zachwycają nas barwy lasów porastających bieszczadzkie pagórki.
Ludzi tutaj już trochę więcej, ale nadal nie tak dużo, jak poprzedniego dnia na Tarnicy.
Także może po prostu jest to mniej popularne miejsce w Bieszczadach.
Znajdujemy fajne miejsce trochę poniżej szlaku i wyciągamy nasze super „poddupniki” zakupione w Decathlonie za 15 zł – jeśli ktoś jeszcze nie ma – mega polecam. Teraz to mój nieodłączny element górskich wędrówek.
Czas na gorącą herbatę i kanapkę – w takich okolicznościach wszystko smakuje przecież najlepiej.
Po dłuższej przerwie ruszamy w dół.
Zejście jest dość strome – początkowo widokowe, po dużej ilości schodów. Dalej wchodzimy w las, gdzie trzeba uważać na śliskie korzenie i kamienie.
Tutaj także idziemy praktycznie sami. Aż zaczynają się pojawiać myśli, czy zaraz gdzieś nie wylezie na nas jakiś niedźwiadek…
Na szczęście cało i zdrowo docieramy do parkingu, skąd odbiera nas kolega. Można też podejść stąd do Ustrzyk Górnych.
Trasę oceniamy jako jedną z piękniejszych w Bieszczadach, zdecydowanie wartą przejścia, szczególnie w jesiennych okolicznościach.
Poziom trudności oceniłabym jako łatwy – w sumie czekało na nas jedno strome podejście, a później już tylko bardziej strome zejście z samej Wielkiej Rawki.
Jeżeli ktoś wpadnie na pomysł wycieczki na Śnieżkę, będzie miał niemałą zagwozdkę, którędy tam się wybrać. Na ten najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów, prowadzi bowiem bardzo dużo szlaków.
Opiszę Wam jedną opcję, która po przeszukaniu kilkunastu stron w Internecie, pojawiała się jako najbardziej ciekawa i widokowa.
Nasza trasa rozpoczyna się pod Świątynią Wang – co ciekawe, kościół ten powstał w Norwegii, następnie został rozebrany i przewieziony po wielu perypetiach na Śląsk.
Stamtąd ruszamy szeroką, brukowaną drogą, która początkowo pokrywa się z niebieskim szlakiem.
Natomiast, aby uniknąć tłumów i trochę nudnego podejścia – będziemy trzymać się żółtego szlaku.
Po krótkim podejściu docieramy do rozwidlenia szlaków i odbijamy na prawo w las.
Idziemy około kilometra, aby znowu połączyć się z niebieską trasą.
Na szczęście, po krótkim odcinku oraz kontroli biletów, ponownie odbijamy w prawo. Zaczynamy delikatną wspinaczkę, poprzez kładki oraz kamienne schody.
Pierwszym naszym przystankiem są niesamowite formacje skalne – Pielgrzymy.
Zostajemy tam na chwilę, aby dokładniej przyjrzeć się tym niesamowitym kształtom.
Następnie ruszamy dalej, gdzie czeka na nas kolejna atrakcja – Słonecznik.
Aby do niego dotrzeć, pokonujemy kolejne przewyższenia. Za naszymi plecami ukazuje się przepiękna panorama. Ponieważ jednak zachmurzenie jest dość spore, trzeba utrafić moment, kiedy chmury się na chwile rozstępują.
Im wyżej jesteśmy, tym widoczność się zmniejsza.
Docieramy w końcu pod Słonecznik, co ciekawe swoją nazwę wziął on od tego, że słońce nad skałą wskazywało mieszkańcom południe.
Krótka przerwa na ciepłą herbatę i kanapkę i ruszamy dalej.
Teraz przed nami dość spokojny, około 5 km odcinek – czerwonym szlakiem. Mijamy niesamowity Kocioł Wielkiego Stawu, a otaczają nas polany pełne wrzosów. Mimo braku słońca jest pięknie.
Przechodzimy także koło widoku na Mały Staw i Schronisko Samotnia, do których dotrzemy w drodze powrotnej.
Szlak ten jest obfituje w widoki zarówno na polską jak i czeską stronę.
Docieramy ponownego połączenia ze szklakiem niebieskim, gdzie od razu widać dużo większą ilość ludzi. Nareszcie też z chmur wyłania się cel naszej podróży – Śnieżka.
Przed samym podejściem na szczyt mijamy Dom Śląski, przy którym panuje niemałe zamieszanie, ponieważ jest tutaj informacja, że na szczycie toalety i restauracja są zamknięte.
Idziemy jednak dalej, licząc na to, że trafimy na okno pogodowe i widoki z góry. Szczyt atakujemy czerwonym szlakiem – krótszym, z licznymi zakosami. Co chwilę mijamy platformy widokowe.
Po chwili docieramy na górę i ku naszemu rozczarowaniu wchodzimy w gęstą białą chmurę. Za nami majaczy kosmiczne obserwatorium meteorologiczne.
Decydujemy się posiedzieć chwilę u góry z nadzieją na rozstąpienie się chmur.
Niestety po 30 min z małymi przebłyskani, przewiani z każdej możliwej strony, stwierdzamy, że nie ma sensu i udajemy się w dół niebieskim, łagodniejszym szlakiem.
Oczywiście w momencie jak docieramy z powrotem pod Dom Śląski, nagle chmury na szczycie się rozstępują i na parę minut pojawia się niesamowita widoczność. No ale cóż, nie będziemy się wracać…
Zresztą po kilku minutach Śnieżka ponownie zostaje powita w chmurach.
Schodzimy dalej niebieską trasą, która przechodzi koło dwóch schronisk – Strzecha Akademicka oraz Schronisko Samotnia.
To drugie nas zachwyca. Jest położone na uboczu, w niesamowitym otoczeniu przepięknych skał, nad Małym Stawem.
Sama architektura schroniska jest też bardzo ciekawa, nie przypomina ono innych schronisk znanych mi z Tatr czy Beskidów.
Wchodząc do środka, czuje się tam domowe ciepło. Posilamy się ciepłą zupą oraz smacznym piwem, które jak zwykle najlepiej wchodzi po wysiłku.
Jest to jeden z ładniejszych fragmentów tej trasy. Schodzimy dalej, cały czas po brukowanej drodze, trzymając się tym razem niebieskiego szlaku. W ten sposób docieramy z powrotem do punktu startowego – Świątynia Wang.
Cała wycieczka jest dość długa – trasa liczy bowiem 21 km. Jest jednak dosyć lekka i przyjemna. W bardzo łatwy sposób można zdobyć najwyższy szczyt w Karkonoszach i Sudetach.
Na całej trasie mamy dwa podejścia – na początku pod Słonecznik, następnie dopiero przed samym masywem Śnieżki.
Polecam wybrać się na tę wycieczkę, szczególnie przy ładnej pogodzie – podobno widoki ze szczytu są piękne… No cóż, może następnym razem.
Kolejny wpis z cyklu – odkrywamy niesamowite Beskidy!
Tym razem zabieram Was na wycieczkę po Beskidzie Sądeckim. Dla spragnionych pomysłów na inne trasy w tym paśmie – odsyłam do poprzedniego wpisu: Zimowe wejście na Turbacz
Tym razem za cel naszej wycieczki obraliśmy najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową oraz leżącą nieopodal Przehybę.
Trasa ta była jedną z pierwszych wycieczek w góry, na które zabrał mnie tata i gdzie złapałam górskiego bakcyla.
Wyruszyliśmy z Krakowa o 7 rano. Przed nami było około 2h drogi, a potem czekała nas całodniowa wędrówka.
Szukając dzień wcześniej szlaków prowadzących na Radziejową, wszyscy jednoznacznie wskazywali czerwony szlak prowadzący z Rytra. Najdłuższy, a zarazem najbardziej malowniczy. Jest to też fragment GSB – Głównego Szlaku Beskidzkiego.
Dojechaliśmy do Rytra, pod dworzec PKP, gdzie zostawiliśmy samochód. Parking jest darmowy i niewielki, jednak bez problemu znaleźliśmy wolne miejsce.
Ubraliśmy buty, przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy.
Trasa rozpoczyna się na wysokości 350 m n.p.m. Najpierw biegnie asfaltową drogą, wśród domostw i wyżej wśród soczystych, zielonych łąk.
Co ciekawe szlak od samego początku wita nas ostrym, długim podejściem.
Mimo, że dzień nie jest zbyt upalny, idąc w górę wśród traw, czujemy jak ziemia oddaje ciepło. Nie możemy się doczekać, aż w końcu wejdziemy do lasu, aby znaleźć trochę cienia.
Widoki są bajeczne, a szczególnie te za naszymi plecami, więc polecam od czasu do czasu oglądnąć się za siebie.
Ścieżka zmienia się z asfaltu, w drogę szutrową, a potem wąską dróżkę biegnącą pośród traw, prosto do lasu.
Szlak jest bardzo dobrze oznakowany. Wchodzimy do lasu, gdzie zaznajemy trochę chłodu.
Teraz droga na zmianę biegnie przez las i przez słoneczne polany.
Po około 5 km wspinaczki, docieramy docieramy na Kordowiec, znajdujący się na wysokości 762 m n.p.m. Tak więc 400 m przewyższenia za nami.
Mijamy tutaj starą drewnianą chatę oraz kilka osób wieszających kapliczkę. Idziemy dalej, by po przejściu kolejnego fragmentu przez las zauważyć kolejne chaty, przy których pasą się owce.
Dodatkowo słyszymy tutaj najpiękniejszy koncert świerszczy. Aż chciałoby się zatrzymać tutaj na dłużej…
Kolejnym ciekawym punktem jest pomnik upamiętniający szkołę podstawową, która się kiedyś tutaj mieściła.
W dalszej części trasy naszym oczom ukazuje się borówkowy raj. Są one dosyć kwaśne, ale zupełnie nam to nie przeszkadza.
Wreszcie docieramy na Niemcową 1001 m n.p.m – przekroczyliśmy 1000 m, więc teraz będzie już prościej. Przynajmniej taką mamy nadzieję.
Kamienista droga prowadzi nas nadal naprzód. Co jakiś czas widzimy znaki ostrzegawcze dla narciarzy biegowych. Pierwszy raz spotykam takie na szlaku.
Następnym punktem naszej trasy jest Wielki Rogacz.
Mamy już za sobą 10 km oraz 800 m przewyższenia i jak dotąd na szlaku mijaliśmy pojedyncze osoby.
Nagle widzimy całe grupy ludzi. Wszystko za sprawą dochodzącego tutaj niebieskiego szlaku z Obidzy, który jest najprostszym i najbardziej popularnym szlakiem prowadzącym na Radziejową.
Cieszymy się, że obraliśmy mniej uczęszczany szlak.
Co więcej, w tym miejscu nareszcie otwierają się widoki na Tatry, które majestatycznie wyrastają znad dużo niższych pagórków.
Przed nami, gdzieś wśród drzew, znajduje wieża widokowa na Radziejowej, do której zmierzamy.
Końcowe podejście jest mało przyjemne, dość strome i kamieniste.
Pokonujemy ostatnie 100 m przewyższenia i nareszcie docieramy na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową 1262 m n.p.m.
Sam szczyt znajduje się w lesie, ale całkiem niedawno powstała tutaj wieża widokowa, na którą można wejść za darmo.
Z góry roztaczają się przepiękne widoki na Tatry oraz na wszystkie strony.
Krótki odpoczynek, ruszamy dalej. Powoli robimy się głodni. W końcu kolejnym naszym celem jest schronisko na Przehybie.
W tej części widoki są jeszcze piękniejsze. Chociaż jest tutaj też sporo drzew zniszczonych prawdopodobnie przez jakąś wichurę.
Na horyzoncie majaczy przekaźnik na Przehybie – piwo i jedzenie coraz bliżej!
Po około 5 km przyjemnej wędrówki – na tym odcinku trasa jest raczej płaska – docieramy do schroniska na Przehybie.
Trzeba jeszcze chwile poczekać w kolejce, aby złożyć zamówienie. Za to już za chwilę rozsiadamy się na tarasie z widokiem na Tatry, z pysznym, zimnym, lokalnym piwem.
Dłuższa przerwa, ładujemy akumulatory, aby zaraz wyruszyć w drogę powrotną do Rytra, tym razem niebieskim szlakiem.
Przed nami około 10 km marszu.
Cofamy się kawałek do Rozdroża pod Wielką Przehybą i odbijamy tym razem na niebieski szlak.
Droga powrotna biegnie głównie przez las. Sporo jest stromych kamienistych zejść, a co jakiś czas wychodzimy na otwarte polany, gdzie możemy ostatni raz spojrzeć na otaczające nas pagórki.
Tutaj znowu ludzi jest niewiele, część trasy jest dość mocno zarośnięta i czasem musimy się przedzierać przez krzaki.
Ostatecznie wychodzimy z lasu na asfaltową drogę, którą idziemy jeszcze 5 km przez miasto, aby dotrzeć z powrotem do samochodu.
Ten odcinek jest chyba najbardziej męczący – powrót na asfalt jest dość bolesny dla stóp, po tylu kilometrach.
Cała trasa zajęła nam około 7,5h – samego marszu. Przeszliśmy prawie 29 km i pokonaliśmy ponad 1000 m przewyższenia.
Trasa nie należy do najprostszych, jest dość długa i pokonuje się sporą wysokość. Natomiast potwierdzam, że jest bardzo malownicza i cieszę się, że ją wybraliśmy.
Polecam każdemu, kto szuka pomysłu na całodniową wycieczkę i nie boi się odległości.
Dla tych, którzy wolą krótsze i łatwiejsze wycieczki, sugeruję sprawdzić trasę od Obidzy.
Kolejny wpis z cyklu – odkrywamy niesamowite Beskidy!
Tym razem zabieram Was na wycieczkę po Beskidzie Śląskim. Wszystkich zainteresowanych kolejnymi beskidzkimi inspiracjami odsyłam do wpisu Beskidy: Hala Rysianka
Widząc jak wielu „Beskidomaniaków” dodaje zdjęcia z wycieczek na Malinowską Skałę i Skrzyczne, postanowiliśmy osobiście sprawdzić, co kryje się w tych nieznanych nam wcześniej miejscach.
Pomimo weekendu, wakacji oraz dość późnej pory, nie mieliśmy problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Zostawiliśmy więc samochód, zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Malinowskiej Skały.
Początkowo szlak biegnie drogą asfaltową wśród drzew, a wzdłuż drogi płynie potok Leśnianka.
Ku naszemu zaskoczeniu, odcinek szlaku, który pokonuje się asfaltem stanowi aż jedną czwartą długości całej trasy. Kilka razy sprawdzaliśmy czy aby na pewno nie przegapiliśmy jakiegoś skrętu…
Na szczęście po około 4 km wędrówki nareszcie trasa obija w prawo na kamienistą ścieżkę. Raczej ciężko jest tego nie zauważyć, ponieważ znajdują się tam co najmniej 3 oznaczenia żółtego szlaku.
Od tego momentu zaczyna się podejście na Malinowską Skałę, nie jest ono bardzo strome, jednak można się zmęczyć. Ponieważ dzień wcześniej sporo padało, początkowo naszą ścieżką wśród kamieni spływa woda i jest sporo błota. Jest to jednak niewielki kawałek.
Na szlaku jest dosyć pusto. Mijane osoby można zliczyć na palcach jednej ręki. Co ciekawe, spotykamy najwięcej biegaczy i rowerzystów.
Kiedy wychodzimy ponad poziom lasu, naszym oczom ukazują się majaczące w oddali pagórki. Niestety widoczność jest dość słaba, więc jesteśmy w stanie zobaczyć tylko te najbliższe.
Wspinamy się dalej. Słońce nam przygrzewa, ale towarzyszą nam też delikatne powiewy wiatru. W porównaniu z upałami w mieście, jest przyjemnie.
Dochodzimy do drogowskazu „Pod Malinowską Skałą”, gdzie spotyka się klika szlaków. Chwila konsternacji pod znakiem… W tym momencie mija nas sympatyczny pan biegacz, który krzyczy: „Drużyna za mną!” – no to lecimy 😊 Idziemy dalej zielonym szlakiem.
Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się Malinowska Skała (1152 m n.p.m.) w ciekawy sposób wysunięta ze zbocza. Oczywiście oblegana z każdej strony przez piechurów.
Robimy krótką przerwę na jogurt z bananem i jagodami. Dochodzimy do wniosku, że faktycznie wschody słońca mogą być stąd piękne. Dodatkowo przy dobrej widoczności zapewne jest tu jeszcze ładniej, szczególnie kiedy widać Tatry.
Ruszamy dalej. Drogowskaz pokazuje 1h 20 min. W oddali majaczy kolejny cel naszej podróży – Skrzyczne, gdzie znajduje się również schronisko. W tej chwili jednak widzimy jedynie maszt z anteną.
Trasa jest bardzo przyjemna. Najpierw schodzimy kawałek w dół, aby za chwilę zacząć delikatną wspinaczkę na Skrzyczne. I tutaj ciekawostka: Skrzyczne (1257 m n.p.m) jest najwyższym szczytem w Beskidzie Śląskim i należy do Korony Gór Polski!
Podążamy szutrową ścieżką, wijącą się wśród soczystej zieleni. Gdzieniegdzie widać pojedynczo sterczące drzewa lub same ich pnie.
W pewnym momencie słyszymy gdzieś w oddali dźwięk pasterskich dzwonków. Chwilę dalej, dochodzimy pod stację wyciągu na Małym Skrzycznem i zauważamy całe stado owiec wraz z wypasającym je bacą.
Tutaj także zaczyna się trasa rowerowa (singletrack) – Zbój. Wiele osób wyjeżdża z rowerami wyciągiem i dalej ruszają właśnie między innymi tą trasą.
Kawałek dalej docieramy na szczyt, na którym znajduje się ogromny masz z antenami. Po prawej stronie widzimy dach schroniska oraz wystawione przed nim parasole.
Tutaj ludzi jest bardzo dużo, ciężko znaleźć wolne miejsce. Po pierwsze bliskość wyciągu, a po drugie schronisko, przyciąga wielu turystów.
Zamawiamy bardzo treściwy żurek – cena to 20 zł oraz regionalne piwo z Cieszyna. Zimne, kwaśne z dodatkiem mango jest idealnym orzeźwieniem.
Wokół schroniska rozciągają się przepiękne panoramy. Dla lubiących spokój, polecam rozłożyć się na trawie kawałek poniżej schroniska.
Posileni, nogi trochę odpoczęły, postanawiamy więc ruszać w dół do samochodu.
Schodzimy niebieskim szlakiem, do parkingu Lipowa, Ostre. Pierwszy fragment trasy to strome zejście po kamienistej ścieżce. Po lewej stronie rozpościera się niesamowity widok na Żywiec i Jezioro Żywieckie oraz pływające po nim żaglówki.
Następnie wchodzimy do lasu i już do samego końca schodzimy do parkingu trasą, która na zmianę jest kawałek płaska, a za chwile zamienia się w ostrzejsze zejście w dół.
Jesteśmy zadowoleni, że podchodziliśmy od drugiej strony, ponieważ wyjście tamtędy może jest i dłuższe, ale na pewno też łagodniejsze.
Na końcu wychodzimy z lasu na asfalt, gdzie uderza nas fala gorącego powietrza. Jednak u góry było trochę chłodniej… Do auta docieramy po około 500 metrach.
Całą wycieczkę oceniamy jako bardzo malowniczą i sympatyczną. Poziom trudności jest raczej łatwy. Dla osób, które nie chcą się męczyć wychodzeniem pod górę, fajną opcją jest wyjechanie wyciągiem na Skrzyczne i przejście się w stronę Malinowskiej Skały.
Na pewno jeszcze tu wrócimy, żeby załapać się na lepszą widoczność, a kiedyś może i na wschód słońca.
Beskidy – polskie pasmo górskie, równie piękne, a mam wrażenie, że wciąż niedoceniane. Zazwyczaj mówiąc o wakacjach w górach przychodzą nam na myśl Tatry lub Bieszczady.
Dlatego też dzisiaj postaram się przybliżyć Wam niesamowite miejsce w Beskidzie Żywieckim – Hala Rysianka.
Na wycieczkę wybraliśmy się w ostatni weekend sierpnia. Dzień nie zapowiadał się upalnie, co nas w sumie cieszyło.
Z Krakowa wyjechaliśmy z samego rana, czekało nas około 2h jazdy. Przeczytaliśmy, że samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu w miejscowości Żabnica, skąd wychodzą szlaki zarówno na Halę Rysiankę, jak i na Halę Boraczą.
Niestety parking ten jest dość mały, ale udało nam się zająć ostatnie miejsce. Zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy w trasę
Wybraliśmy zielony szlak, który bezpośrednio prowadzi na Halę Rysiankę.
Początkowy odcinek trasy biegnie asfaltem. Po drodze mijamy kapliczki oraz różne ciekawe zabudowania.
Naszą uwagę przykuwa mała drewniana chata, obwieszona jarzębiną, która wygląda niesamowicie.
Po przejściu ponad kilometra, nareszcie asfalt się kończy i szlak odbija w las. Okazuje się jednak, że czeka nas dość strome podejście, kamienistą drogą.
Po niemałym wysiłku, pojawia się płaski odcinek. Łapiemy więc chwilę oddechu, aby zaraz zacząć się wspinać ponownie.
Na szczęście zaraz wychodzimy ponad poziom lasu i naszym oczom zaczynają ukazywać się widoki. Ścieżka jest wąska i zarośnięta, ale dość przyjemna. Na szklaku nie ma zbyt wielu ludzi, co nas w sumie trochę dziwi, ale też zupełnie nie przeszkadza.
Nadal pniemy się w górę, aż docieramy do Hali Pawlusia. Stąd pozostaje nam około 20 min, aby dotrzeć do celu naszej wycieczki.
Nareszcie po około 1h 20 min trekkingu naszym oczom ukazuje się Hala Rysianka wraz ze znajdującym się tutaj Schroniskiem Górskim „Rysianka”.
W schronisku można wynająć sobie pokój, a także zarezerwować miejsce na polu namiotowym. Organizowane są tam też różne wydarzenia, m.in. śpiewogrania.
W schronisku kupujemy piwo z lokalnego beskidzkiego browaru rzemieślniczego, które jest bardzo smacznym orzeźwieniem po wysiłku.
Rozsiadamy się na hali, aby się posilić i chwilę odpocząć.
Jeśli chodzi o samo miejsce – Hala Rysianka znajduję się na wysokości 1322 m n.p.m. i jest bardzo widokowa. Przy dobrej pogodzie widać stąd Tatry oraz Babią Górę. Z powodu zachmurzenia, niestety nie udaje nam się ich zobaczyć, ale miejsce jest piękne.
Dlatego też polecam zarezerwować sobie czas na dłuższą przerwę na hali.
Ponieważ wiatr zaczyna się wzmagać i pojawia się coraz więcej ciemnych chmur, decydujemy się ruszać z powrotem. Nie chcemy jednak wracać tą samą trasą, chociaż oczywiście najlepiej byłoby zejść do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.
Znajdujemy szlak prowadzący przez Halę Lipowską oraz Halę Boracza, który schodzi dalej do Żabnicy. Ruszamy więc w drogę powrotną.
Do Hali Lipowskiej znajdującej się na wysokości 1324 m n.p.m. docieramy po około 15 minutach. Jest tutaj kolejne schronisko oraz pole namiotowe.
Schroniska są naprawdę bardzo blisko siebie, dlatego też nie zatrzymujemy się. Kierujemy się dalej w dół, bardzo przyjemną drogą biegnącą wśród pięknych, górskich pejzaży.
Poruszamy się teraz żółtym szlakiem, aż do Hali Redykalnej znajdującej się na wysokości 1060 m n.p.m.
Następnie docieramy do Hali Boracza, przy której znajduje się kolejne schronisko. Stąd mamy jeszcze około 40 min drogi czarnym szlakiem, aby dotrzeć do samochodu.
Podsumowując: cała wycieczka zajęła nam około 3,5 h marszu. Poziom trudności oceniłabym na łatwy. Jedynym bardziej wymagającym odcinkiem było początkowe podejście (300 m w górę na odcinku 1,5 km).
Ze względu na ilość schronisk po drodze, myślę że to dobra trasa dla początkujących piechurów oraz dla rodzin z dziećmi.