Cucumbrove

Travelling. Cycling. Hiking. Eating.

Author : Efffa

Restauracja Franca w Krakowie - moja topka, którą warto odwiedzić

Restauracja: Franca

Adres:  Krupnicza 8, 31-123 Kraków

Byłam w restauracji Franca już 3 razy i za każdym razem wychodziłam z tego miejsca z tym samym wrażeniem: jest to restauracja, która zostaje w pamięci.

Już dawno nie miałam takiego efektu WOW przy daniach, które powodowały, że moje kubki smakowe po prostu oszalały. Wizyty te były pełne odkrywania smaków dających zupełnie nowe doznania.

Sezonowe menu – każda wizyta to inna historia

Jedną z rzeczy, które bardzo lubię w restauracji Franca, jest ich sezonowe i zmieniające się menu. To nie jest to samo co zawsze, tylko kreatywne, dopasowane do sezonu podejście do składników. Dzięki temu za każdym razem, gdy wracam, odkrywam nowe smaki, tekstury i kombinacje, które zaskakują mnie bardziej niż poprzednie

Co warto spróbować?

Chrupiące krewetki | chałka | kalarepa tłuczona | nerkowce | zielone jabłko

Ta sałatka z kalarepy to mega orzeźwiający strzał – chrupiące krewetki w połączeniu z tą sałatką to jedna z tych kompozycji, która zostaje w głowie (i na języku) na długo.

Kopytka z wołowiną | sos z polskich serów | kozieradka | fermentowana kapusta | bułka rumiana

Totalny ’must-have’, który jadłam już trzy razy i za każdym razem byłam zachwycona. Kopytka delikatne niczym chmurka, mięso wołowe rozpływające się w ustach i wyrazisty sos serowy – tego dania każdy powinien spróbować.

Szaszłyk z polskiej karkówki | baba ganoush | palone masło | orzech laskowy

Mięso tak delikatne i rozpływające się, że naprawdę nie mogę przestać o nim myśleć. Dodatkowo wyczuwalny posmak ogniska. To jeden z tych szaszłyków, które mogłyby konkurować z Espatadą z Madery, o której wspominałam we wpisie o tradycyjnych maderskich przysmakach (LINK).

Ubijana bryndza podhalańska | grillowana dynia | karmel jabłkowy | cykoria

I teraz coś, co totalnie rozwaliło mi mózg. Jedno z najlepszych wege dań, jakie jadłam. Słoność kremowej, puszystej bryndzy, w połączeniu ze słodyczą dyni i różnymi teksturami – perfekcyjne połączenie.

Pierogi z gęsiną | czosnek fermentowany | konfitura z brusznicy

Delikatne ciasto, przepyszny, aromatyczny farsz i kwaśna brusznica jako twist – to danie to idealny balans jesienno-zimowych smaków. Każdy kęs to harmonijna eksplozja aromatów.

Deser, który także się pamięta

Sernik z popcornem z gryki

Połączenie kremowego sernika z karmelem oraz nutą prażonego popcornu z gryki, który daje przyjemne chrupnięcie – to jedno z deserowych zaskoczeń, które warto spróbować.

Kilka praktycznych wskazówek

 💡 Franca działa w koncepcie talerzykowym, ale porcje są całkiem spore (pomijając przystawki). Dlatego idealnie jest zamówić kilka pozycji na spółkę i próbować każdego po trochu.

 💡 Koktaile są również warte uwagi – bardzo kreatywne połączenia smaków i nietuzinkowe

 💡 Warto wcześniej zarezerwować stolik, ponieważ restauracja ma spory ruch i często jest pełno.

 💡 Wnętrze restauracji jest bardzo przytulne, z klimatem i spokojem, który świetnie pasuje do dłuższej degustacji dań.

Podsumowanie

Franca to jedno z tych miejsc w Krakowie, które wchodzi do mojej osobistej topki restauracji. Każda wizyta to nowa przygoda smakowa, a kreatywność kucharzy sprawia, że wracam tam z czystą chęcią odkrywania kolejnych sezonowych specjałów.

Bardzo polecam odwiedzić i spróbować różnych pozycji z karty.

Trekking w Alpach: Draugsteintorl (2077 m) i Karteistorl (2146 m) – pętla koło jeziora Tappenkarsee

Trasa: Dolina Kleinarl – Jezioro Tappenkarsee – Draugsteintorl (2077 m) – Karteistorl (2146 m)

Dystans:  15,55 km

Przewyższenia: 1050 m

Czas wędrówki: ok. 5 h

Start wycieczki – Parkplatz Tappenkaralmweg

Naszą wycieczkę rozpoczynamy na parkingu Parkplatz Tappenkaralmweg w dolinie Kleinarl.

Auto można też zostawić na wcześniejszych parkingach, ponieważ tutaj podjeżdżamy szutrową drogą, ale dzięki temu urwaliśmy około 4 km w jedną stronę. Koszt parkingu: 6 euro.

Droga początkowo jest szeroka z lekkim wzniosem i cały czas wędrujemy wzdłuż strumyka. W ramach ciekawostki – dolina Kleinarl, w której się znajdujemy, od setek lat była wykorzystywana przez pasterzy. Wiele dzisiejszych szlaków to dawne drogi, którymi pędzono bydło na wysokogórskie hale.

Podejście pod wodospad

Po dosyć spokojnym początku trasa zmienia się w stromy zygzak. Wspinamy się pod wodospad, który spływając z ogromnej wysokości po skałkach, wygląda dość spektakularnie. Szum wody skutecznie odciąga uwagę od palących ud. To właśnie tu zaczynamy czuć, że nie będzie to leciutka trasa.

Jezioro Tappenkarsee – alpejski klejnot

Po podejściu docieramy w końcu nad Tappenkarsee – jedno z największych naturalnych jezior wysokogórskich w Austrii. Położone jest na wysokości ok. 1768 m n.p.m., wciśnięte w dolinę i otoczone stromymi zboczami, wygląda absolutnie spektakularnie.

Kolor wody jest wręcz nierealny – intensywnie turkusowy, typowo alpejski.

Tappenkarsee jest jeziorem polodowcowym, a jego intensywny kolor wynika z tzw. mączki lodowcowej, czyli drobnych cząstek skalnych unoszących się w wodzie i odbijających światło.

Tuż nad jeziorem znajduje się pierwsze schronisko – Tappenkarseealm, które działa latem i od lat jest ważnym punktem na mapie alpejskich wędrówek.

Dzika ścieżka ponad jeziorem

Za schroniskiem zaczyna się zupełnie inna droga. Ścieżka robi się węższa, bardziej dzika i momentami stroma. Idziemy coraz wyżej mając jezioro cały czas za sobą. Widoki są obłędne, ale miejscami potrafi zakręcić się w głowie.

Po chwili krajobraz się zmienia i pojawiają się zielone, falujące polany i obłe szczyty.

Ten fragment Alp często porównywany jest do „alpejskich Bieszczad” – miękkie linie gór i rozległe hale kontrastują z ostrymi, skalistymi Alpami Wysokimi.

Na trasie spotykamy bardzo niewiele osób – cisza, przestrzeń i absolutne poczucie bycia „gdzieś daleko od wszystkiego”.

Draugsteintorl (2077 m n.p.m.)

Po solidnym podejściu docieramy na wierzchołek Draugsteintorl (2077 m n.p.m.). Jest to bardziej przełęcz niż klasyczny szczyt, ale panorama rekompensuje wszystko.

Z góry jezioro Tappenkarsee wygląda jeszcze bardziej imponująco, a do tego otwiera się widok na dalsze pasma Radstädter Tauern.

Jako ciekawostka: nazwa „Tor(l)” w języku niemieckim oznacza przełęcz lub „bramę” – i faktycznie, Draugsteintorl jest naturalnym przejściem pomiędzy dolinami

Granią do Karteistorl (2146 m n.p.m.)

Po krótkiej przerwie na przekąski i podziwianie widoków, z Draugsteintorl ruszamy granią w stronę Karteistorl. To jeden z najpiękniejszych fragmentów całej trasy. 

Widoki są typowo alpejskie – tafla jeziora daleko pod nami, zielone hale, a w oddali skaliste, miejscami ośniezone szczyty.

Radstädter Tauern są mniej znane niż np. Alpy Zillertalskie, ale dzięki temu zachowały dziki charakter i brak tłumów – nawet w środku sezonu (my byliśmy tam w czerwcu).

Na Karteistorl (2146 m) znajdujemy się na rozwidleniu szlaków. Stąd decydujemy się na zejście w stronę jeziora, zamykając pętlę.

Gruzja w Aplach i…wyscig z krowami

Podczas zejścia znowu mamy widok na ogromne zielone przestrzenie, pasące się krowy i galopujące konie. Sprawia to, że przez moment czujemy się bardziej jak w Gruzji niż w Austrii.

Po drodze docieramy do kolejnego schroniska, gdzie jemy obiad, ale niestety jedzenie okazuje się dość przeciętne.

Ruszamy dalej i… robi się coraz bardziej ciekawie. Idziemy dosłownie wśród koni, a w pewnym momencie stado moich ulubionych krów zaczyna coraz szybciej przemieszczać się w stronę ścieżki. Podchodzi też do pary siedzącej na kocyku koło jeziora i bardzo szybko ją przegania.

Zdecydowanie przyspieszamy – nikt z nas nie ma ochoty utknąć razem z tym stadkiem przy drewnianej furtce odgradzającej im ścieżkę. 

Był to mały wyścig, ale zdążyliśmy…

Podsumowanie wycieczki

To była jedna z tych tras, które zostają w głowie na długo. Piękne jezioro, widoki z grani, dzikie ścieżki, brak tłumów i solidne przewyższenie.

Nie jest to najłatwiejsza wycieczka – podejścia i fragmenty graniowe wymagają kondycji, ale zdecydowanie jedna z najbardziej widokowych tras w tej części Austrii.

Jeżeli lubicie alpejskie jeziora, przestrzeń i poczucie przygody – Draugsteintorl i Karteistorl przez Tappenkarsee to absolutny must-see.

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect

Dolomity - Seceda (2519 m) z kultowym widokiem na masyw Odle

Trasa: Ortisei – Val Gardena (kolejką linową) – Seceda – Pieralongia – Panoramabalkon UNESCO Mastle Santa Cristina – Seceda (kolejka linowa)

Dystans:  8,24 km

Przewyższenia: 550 m

Czas wędrówki: 2,52 h

Seceda (2519 m) wraz z widokiem na masyw Odle jest zdecydowanie ikoną Dolomitów. Wielu z Was zapewne widziało ten widok nie raz przeglądając polecane w Dolomitach miejsca.

Jest to obrazek, który wywiera niesamowite wrażenie i pozostaje z nami na długo.

Na Secedę najprościej dostać się kolejką linową z miejscowości Ortisei-Val Gardena. Link: https://maps.app.goo.gl/TRojrTXUPh8g41Wc8

My musiałyśmy dojechać tam najpierw busem i zajęło nam to około godziny od Corvary, w której miałyśmy nocleg.

W Ortisei kupiłyśmy bilet na Secedę (tam i z powrotem) – koszt w lipcu 2023 wynosił około 40 euro.

Żeby dostać się na górę, musiałyśmy przemieścić się dwoma kolejkami. Pierwszy odcinek pokonujemy małą gondolą, następnie przesiadamy się do większego wagonika, wraz z około 30 innymi osobami, który pnie się ostro w górę.

Po dojechaniu na górę, udałyśmy się prosto na punkt panoramiczny z jakże kultowym widokiem.

Od razu widać, że jest to dość popularna atrakcja. Można tutaj spotkać sporo turystów z różnych stron świata – w przeciwieństwie do tras z poprzednich dni opisanych we wcześniejszym wpisie: Dolomity: Trasa na Piz Boè (3152 m) – etap 1

Oczywiście, żeby zrobić perfekcyjne zdjęcie, trzeba chwilę odczekać w kolejce. Nie jest to jednak bardzo problematyczne, ponieważ rozciągające się widoki są spektakularne. Zobaczenie na żywo tej kultowej grani jest przeżyciem nie do opisania. Podpisuje się obiema rękami, że warto tutaj dotrzeć.

Oczywiście nie jest to koniec atrakcji! Można tutaj sobie zrobić całkiem przyjemną wycieczkę trekkingową. Ruszamy zatem dalej wprost do rozpościerających się przed nami niesamowicie zielonych łąk.

Spacerujemy wśród tej niesamowitej zieleni i majestatycznych skał, które nas otaczają. Co jakiś czas słychać charakterystyczne dzwonki, wprost z reklamy Milki. Spotykamy też po drodze restauracje, wraz z zagrodami dla zwierząt.

Teren jest bardzo przyjemny, z niewielkimi podejściami i zejściami. Poziom trudności zdecydowanie łatwy, zresztą wielu ludzi spaceruje tutaj z małymi dziećmi.

Jedynym wyzwaniem, które mamy, to godzina odjazdu ostatniego busa do Corvary. Niestety nie możemy sobie pozwolić na zrobienie całego kółka. Znajdujemy na mapie jeszcze ciekawą formację skalną  – Pieralongię – pod którą się kierujemy.

Dalej, żeby trochę skrócić sobie drogę, znajdujemy ścieżkę wydeptaną wśród pasących się koni. Chwilę wahamy się, czy to na pewno dobry pomysł wkraczać na ich terytorium. Jednak widząc ludzi, którzy także wybrali tę drogę – ruszamy przed siebie.

Tym oto sposobem docieramy jeszcze do punktu Panoramabalkon UNESCO Mastle Santa Cristin z kolejnym pięknym widokiem. 

Następnie pniemy się z powrotem w górę, pod kolejkę, aby załapać się na kurs i zdążyć na busa.

Po trochę szybszym marszu i lekko podniesioną adrenaliną wsiadamy do wagonika i zjeżdżamy z powrotem do miejscowości Ortisei – Val Gardena.

W oczekiwaniu na busa, załapałyśmy się jeszcze na przepyszne gelatto. W moim przypadku, niezmiennie pistacja jest obowiązkowa!

Po szalonym kursie praktycznie pustym busem i przemierzeniu ponownie niezliczonej ilości serpentyn, docieramy do Corvary. 

Oczywiście w restauracjach trafiamy na okienko, gdzie można zamówić jedynie aperitivo. Pocieszające jest to, że zawsze dodają jakieś przekąski. Także bierzemy głód na przetrzymanie.

Wycieczkę możemy zaliczyć zdecydowanie do tych udanych i niezapomnianych. Pogoda dopisała, błękit nieba i ta niesamowita zieleń…

Seceda jest zdecydowanie miejscem, które warto zobaczyć na własne oczy. Wywiera niesamowite wrażenie i mogę powiedzieć, że jest to jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałam.

Okolice Secedy oferują mnóstwo ścieżek, którymi można sobie zrobić naprawdę łatwą i przyjemną, pieszą wycieczkę.

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect

Dolomity - w drodze na Piz Boè (3152 m) Etap 2: Pisciadùhütte - Piz Boè - Rifugio Franz Kostner al Vallon

Trasa: Schronisko Pisciadùhütte – Rifugio Boè – Piz Boè (3152 m) – Rifugio Franz Kostner al Vallon

Dystans:  8,65 km

Przewyższenia: 888 m

Czas wędrówki: 4,53 h

Drugi dzień rozpoczął się dosyć wcześnie, ze względu na prognozę pogody. Noc nie należała do najprzyjemniejszych przez chrapiących współtowarzyszy. Jednak ekscytacja przed kolejnym etapem wędrówki była nadal na wysokim poziomie.

W końcu miałyśmy dotrzeć do punktu kulminacyjnego naszej trasy – szczyt Piz Boè (3152 m).

Podczas śniadania musiałyśmy podjąć decyzję, którą trasą ruszamy. Miałyśmy bowiem dwie opcje: ścieżka po lewej (krótsza i ciut bardziej stroma) lub po prawej stronie jeziora (dłuższa, natomiast bez znaku drabinki na mapie). Ostatecznie, w pewnym momencie trasy te i tak się spotykały.

Po krótkiej dyskusji wybrałyśmy dłuższą trasę – na prawo od jeziora. Jak się później okaże, nie był to jednak najlepszy wybór…

Ponieważ pogoda zapowiadała się od południa burzowo, musiałyśmy wykorzystać okna pogodowe, aby zdobyć szczyt i zejść do schroniska Franz Kostner, w którym miałyśmy zarezerwowany nocleg.

Dopakowałyśmy więc plecaki i ruszyłyśmy. Już po kilku minutach zauważyłyśmy, że wszyscy ludzie opuszczający schronisko kierują się na lewo od jeziora, także sporą część trasy szłyśmy zupełnie same.

Zanim wyszłyśmy na Sela de Pisciadu (2908 m), minęły nas jedynie dwie kobiety schodzące z góry.

Podejście było dosyć żmudne. Cały czas wędrowałyśmy po ścieżce biegnącej przez piarg. Momentami można było łatwo zboczyć ze szlaku, także trzeba było być bardzo uważnym i wypatrywać znaków namalowanych na skałach.

Natomiast klimat otaczających nas niesamowitych formacji skalnych, był jak nie z tego świata. Coś wspaniałego, a to dopiero przedsmak dalszych widoków.

W pewnym momencie ścieżka urwała się pod pionową ścianą, na której po chwili zauważyłyśmy rozpiętą metalową linkę. To właśnie wtedy pożałowałam forsowania, żeby wybrać trasę po tej stronie jeziora. No ale cóż, trzeba iść dalej.

Zaczęłyśmy wchodzić na tę ściankę – do tej pory nie jestem  wstanie ocenić jak wysoka mogła być. Koleżanka wchodziła jako pierwsza, ja zaraz za nią. W pewnym momencie zauważyłam, że nie idzie wyżej, ja także przestałam się czuć komfortowo, kiedy spojrzałam za siebie.

Usłyszałam jedynie pytanie co robimy, bo wyżej nie wygląda to dobrze i z tymi dużymi plecakami musiałybyśmy tutaj zacząć się wspinać. Jednogłośnie zdecydowałyśmy, że robimy odwrót – trudno, nie zdobędziemy trzytysięcznika, ale nie ma co robić nic na siłę. 

Schodziłyśmy już z powrotem, gdy w pewnym momencie koleżanka zauważyła, że na prawo od ściany, którą chciałyśmy pokonać biegnie jakaś ścieżka. Pojawił się promyczek nadziei, że może jednak to jeszcze nie koniec naszej wędrówki. Tak! To było przejście na drugą stronę, strome podejście pozwalające ominąć pokonywanie skalnej ściany.

W momencie kiedy wdrapałyśmy się na górę zaczęło strasznie wiać i lać. Na szczęście w deszczu szłyśmy tylko przez jakiś kilometr już po płaskim terenie. Po chwili wyszło piękne słońce i zaczęły odsłaniać się niesamowite widoki.

Do kolejnego schroniska pod szczytem Piz Boè- Boèhütte, miałyśmy około kilometr do pokonania. Wierzchołek Piz Boè prezentował się wręcz niewiarygodnie. Wyglądał niczym wielki, symetryczny wulkan.

W schronisku zrobiłyśmy sobie krótką przerwę, żeby się rozgrzać i wypić gorącą czekoladę. Nie mogłyśmy natomiast rozsiąść się tam na dłużej, ponieważ musiałyśmy wykorzystać kolejne okno pogodowe, żeby dotrzeć na szczyt przed kolejną falą deszczu. Pogoda w górach potrafi być bardzo zmienna. Wyruszyłyśmy więc na nasz ‘atak szczytowy’.

Podejście było dość strome i czuć było różnicę we wdychanym powietrzu – na wysokości bliskiej 3 tysięcy metrów oddech był płytszy. Także bardzo szybko musiałam zweryfikować tempo, z którym wyruszyłam.  

Oczywiście około 10 min przed schroniskiem na szczycie Piz Boè ponownie złapał nas deszcz. U samej góry było bardzo zimno i wiał dość mocny i nieprzyjemny wiatr. Od razu schroniłyśmy się w małej zatłoczonej chacie (Rifugio Capanna Piz Fassa). Okazało się, że sporo ludzi wjeżdża pod Piz Boè kolejką i pokonuje jedynie ostatnie podejście na szczyt. Wypiłyśmy na miejscu gorącą herbatę (chyba nawet nie jedną) i zjadłyśmy ciepłą zupę w oczekiwaniu na poprawę pogody. Termometr wskazywał, że na zewnątrz jest 2 stopnie. Przypomnę tylko, że byłyśmy tam pod koniec lipca.

W końcu gdy przestało padać, mogłyśmy wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się dookoła. Ponieważ jednak wiatr był dalej bardzo zimny i nieprzyjemny, zaczęłyśmy schodzić w dół. Widoki pomimo pogody były jak nie z tej ziemi – piękne formy skalne, lodowiec Marmolada w tle oraz niesamowity spektakl chmur.

Po około 1,5 km schodzenia, dotarłyśmy do miejsca, które było kolejnym wyzwaniem. Dość strome zejście, które z góry wyglądało bardzo nieprzyjemnie. Na szczęście na skale, jako poręcz była rozpięta metalowa linka, ale nie zabrakło trochę wyciągania i rozciągania się na niektórych fragmentach. Wyglądało to jak zejście kominem, po obsuwających się skałach. W takich warunkach pokonałyśmy około 100 m w dół na 300-stu metrowym odcinku.

Dalej czekało nas już przyjemniejsze zejście w dół, do schroniska Franz Kostner (2536 m) – gdzie ponownie około 10 min przed dotarciem złapała nas kolejna ulewa.

Ten dzień był dość wymagający psychicznie, jak i pogodowo. Deszcz zmoczył nas trzykrotnie, zawsze chwile przed schroniskiem. Na szczęście udało nam się dotrzeć do miejsca naszego noclegu zanim zaczęła się burza.

Rifugio Franz Kostner zrobiło na mnie spore wrażenie. Samo wnętrze było bardzo klimatyczne, a jedzenie przepyszne. Tym razem spałyśmy w 6cio-osobowym pokoju, a prysznic nie był na żetony. Jako pierwsze zamówiłyśmy ‘bombardino’, żeby rozgrzać się od środka i odreagować cały stres. Jest to włoski napój alkoholowy, który podawany jest na gorąco, a w jego skład wchodzą ajerkoniak, whisky oraz bita śmietana. Była to jedyna rzecz, po której w końcu zrobiło nam się ciepło.

Kiedy na chwilę wyszło słońce, wyszłyśmy na zewnątrz podziwiać widoki. Schronisko jest położone w niesamowitym miejscu, a krajobraz dookoła robi naprawdę wrażenie.

Cały dzień zwieńczyła bardzo obfita i smaczna obiadokolacja. Fajne było też to, że stoliki były z góry przypisane i można było zintegrować się z innymi wędrowcami. Jeżeli chodzi natomiast o burzę w nocy w górach, na wysokości 2,5 tysiąca metrów, to nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie. Echo grzmotów odbijających się od skał i dyskoteka błyskawic zdecydowanie nie pomagała nam zasnąć.

Był to dzień, który zapamiętam na długo. Za drugim razem na pewno wybrałabym ścieżkę lewą stroną jeziora. Cała trasa była dość wymagająca, ale chyba głównie ze względu na pogodę. Gdybyśmy nie musiały trafiać w okna pogodowe i nie zlałoby nas tyle razy – to odbiór na pewno byłby jeszcze lepszy. Natomiast zdecydowanie warto! Sama satysfakcja zdobycia 3-tysięcznika, na własnych nogach jest nie do opisania. Także klimat Dolomitów, który zachwyca i mała ilość ludzi, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Jeżeli chodzi o drugi etap wycieczki – był zdecydowanie bardziej wymagający niż jej pierwsza część opisana w poprzednim wpisie Dolomity: Trasa na Piz Boè (3152 m).

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://pl.mapy.cz/zakladni?x=21.0067000&y=52.2296000&z=8

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect

Dolomity - w drodze na Piz Boè (3152 m) Etap 1: Corvara - Pisciadùhütte

Trasa: Corvara – schronisko Pisciadùhütte

Dystans:  8,65 km

Przewyższenia: 1046 m

Czas wędrówki: 3,5h

Początkowo pomysł na tę wycieczkę wydawał się dość szalony. Dojazd na miejsce był niemałą łamigłówką logistyczną, gdzie wystarczyło, żeby jeden kafelek się wysypał i mogłabym mieć problem.

Brzmi jak wyprawa na jakiś odległy kontynent, prawda? A to jedynie wyjazd w Dolomity.

Okazało się, że bez samolotu, bez auta i całkiem niedużym kosztem da się dotrzeć na miejsce! Destynacją była mała, włoska miejscowość – Corvara, położona w Tyrolu południowym, w samym sercu Dolomitów.

Zapytacie w jaki sposób się tam dostałam? Otóż odpowiedź brzmi: pociągami! O dziwo, zarówno w Austrii jak i we Włoszech działają dużo bardziej punktualnie niż w Polsce. Owszem, jechałam w sumie pięcioma pociągami i busem, ale ku mojemu zaskoczeniu wszystko poszło całkiem gładko.

Do planowania trasy dojazdu polecam strony: https://www.thetrainline.com/en-us oraz https://www.suedtirolmobil.info/en/.

Pomijając jednak logistykę i przechodząc do clue programu – oczywiście głównym celem wyjazdu był trekking w Dolomitach. No i przy okazji włosko-alpejskie pyszne jedzenie.

Pierwsze wyjście zakładało 3 dniową wędrówkę po górach z noclegami w schroniskach oraz zdobycie 3-tysięcznika. Nie powiem, było to dla mnie bardzo ekscytujące, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że był to mój pierwszy trekking z większym plecakiem i noclegiem w górach.

Początkowy etap obejmował trasę Corvara – schronisko Pisciadùhütte o długości około 9 km oraz przewyższeniem 1000m. Była to pierwsza moja styczność z Dolomitami, także krajobraz oraz charakter tych gór mnie oczarował.

Wędrówkę rozpoczęłyśmy w Corvarze. Pierwsze kilometry przebiegały dosyć łagodnie a ścieżka była równocześnie wytyczonym szlakiem rowerowym. Otaczały nas pionowe, skalne ściany, wyrastające z zielonych pagórków. Wyglądały bardzo majestatycznie i budziły respekt.

Bardziej strome podejście zaczynało się dopiero na wysokości kolejnej wioski – Colfosco. Tam rozpoczęłyśmy swoją mozolną wspinaczkę. 

Za plecami pozostawiałyśmy asfaltowe serpentyny, które zapewne są rajem dla motocyklistów oraz rowerzystów.

Przed nami niemałe podejście, poprowadzone niesamowitym zygzakiem wijącym się poprzez skalny piarg.

Dość szybko zmienił się też klimat krajobrazu. Zero zieleni, same skały, co dawało odczucie jakbyśmy znalazły się na jakiejś innej planecie.

Od dołu trasa sprawiała wrażenie stromej, ale im wyżej, tym wyglądało to mniej groźnie. Chociaż i tak cieszyłam się, że tamtędy wchodzimy, a nie schodzimy.

Cały szlak był bardzo dobrze oznakowany i w przeciwieństwie do naszych tatrzańskich tras, praktycznie w ogóle nie był zatłoczony. Można było więc wędrować w ciszy i spokoju, obcując jedynie z pięknem natury. Co ciekawe, nie spotkałyśmy po drodze zbyt wielu Polaków. Natomiast sporo osób wędrowało również między schroniskami.

Planując swoje trasy w Dolomitach, polecam bardzo uważnie przyglądać się mapom. Jest tutaj bowiem wiele tras, poprowadzonych ferratami, na których musicie mieć uprząż i kask.

W aplikacji mapy.cz, z której korzystałyśmy – takie fragmenty były oznaczone symbolem drabinki zazwyczaj z jakąś literką (od A – łatwa ferrata, do E – hardcorowa).

Zdarzało się także, że pojawiał się symbol drabinki bez żadnej literki – tak też było podczas naszego pierwszego etapu. Są to ferraty bardzo proste i niewymagające posiadania sprzętu (jeśli chodzi o dorosłych).

Wyglądało to w ten sposób, że na trudniejszych fragmentach rozpięta była metalowa linka, której można się było chwycić podchodząc. Dodatkowo, na niektórych fragmentach spotkałyśmy też metalowe stopnie, wbite w skałę. Takie „wyzwanie” czekało na nas na odcinku około 600m, praktycznie już pod samym schroniskiem.

Kiedy pokonałyśmy ten odcinek, zobaczyłyśmy przepiękne formacje skalne porozsiewane wśród mniejszych i większych skał. Zrobiłyśmy krótką przerwę na polatanie dronem, a później ruszyłyśmy prosto do schroniska, żeby się trochę posilić i odstawić nasze plecaki.

Swoją drogą, schronisko Pisciadùhütte jest przepięknie położone – widoki są zachwycające. Szarość skał, turkus jeziora oraz lustrzane odbicie górujących nad nim szczytów.

Jeżeli chodzi o nocleg – trafiłyśmy do wielkiej sali, w której było chyba ze 20 łóżek piętrowych. Na szczęście byłyśmy jednymi z pierwszych, więc mogłyśmy jeszcze wybierać miejscówkę do spania.

Minusem był jeden prysznic na żetony otwarty jedynie przez 3h. Trzeba było wystać się w kolejce, żeby załapać się na szybkie mycie.

Natomiast bardzo na plus opcja noclegu z obiadokolacją i śniadaniem (tzw. halfboard). Dzięki temu nie trzeba dźwigać ze sobą za dużo prowiantu, ponieważ karmią tam bardzo obficie i smacznie. Cena to około 70 euro.

Zaleta spania w górach – kolory przed zachodem słońca oraz cisza i spokój. Obracasz się jedynie w gronie osób również nocujących w schronisku, a szlaki pustoszeją.

Jako kolejna wskazówka – polecam też zabrać ze sobą cieplejsze rzeczy. Owszem, my byłyśmy w lipcu i w naszej wiosce było ponad 25 stopni, natomiast w górach jest już dużo chłodniej.

Podsumowując pierwszy dzień, wszystko bardzo na plus. Pomimo niemałego wysiłku, zmęczenie fizyczne zdecydowanie wynagrodziły widoki.

Szlak nie należał do najprostszych, ale też nie był jakoś bardzo wymagający. Na pewno przyda się dobra kondycja fizyczna i brak lęku wysokości czy przestrzeni.

Pogoda dopisała, było bardzo słonecznie. Kolejny dzień był już mniej łaskawy, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie.

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://pl.mapy.cz/zakladni?x=21.0067000&y=52.2296000&z=8

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect

Pilsko - malownicze szlaki Beskidu Żywieckiego

Trasa: Przełęcz Glinne – Hala Miziowa – Pilsko – Przełęcz Glinne

Dystans:  12,80 km

Przewyższenia: 787 m

Czas wędrówki: 4h

Pilsko – drugi co do wysokości szczyt Beskidu Żywieckiego królujący na 1557 m n.p.m. Nazwa ta odnosi się do całego masywu, natomiast jego główna kulminacja znajduje się po słowackiej stronie.

W naszych polskich granicach za wierzchołek Pilska uznaje się Górę Pięciu Kopców 1534 m n.p.m.

Jak to zwykle bywa, mamy wiele opcji do wyboru, aby dotrzeć na szczyt. Decydujemy się wyruszyć z Przełęczy Glinne (809m n.p.m.).

Przy początku czerwonego szlaku znajduje się tutaj niewielki, bezpłatny parking, sąsiadujący bezpośrednio z przejściem granicznym.

Nie jest to chyba zbyt popularny szlak, ponieważ mimo późnej pory bez problemu udaje nam się zaparkować. Chociaż na Google można znaleźć wręcz odwrotne opinie, że trzeba być dużo wcześniej, bo ciężko zaparkować.

Pinezkę znajdziecie tutaj: https://goo.gl/maps/mkWSMK5kR3fEVUxj9

Już przy pierwszych krokach wita nas rozległe błoto, więc nazwa przełęczy raczej nie jest tutaj przypadkowa.

Pierwszy kilometr trasy jest tak naprawdę kluczeniem między drzewami obok szlaku i poszukiwaniem fragmentów podłoża, które pozwolą przejść dalej suchą stopą.

Także zdecydowanie nie polecam wybierać tej trasy po deszczowych dniach, czy podczas wiosennych roztopów. Chyba, że lubicie błotko.

Na szczęście im dalej w las i wyżej, tym lepiej. Po dość płaskim i łagodnym początku, zaczynają się podejścia, natomiast nie są one jakoś bardzo wymagające, czy strome. Zresztą, jesteśmy przecież w Beskidach.

Po około 2 km docieramy do rozwidlenia szlaków czerwonego i niebieskiego. Decydujemy się kontynuować wędrówkę czerwonym szlakiem, prowadzącym najpierw do schroniska na Hali Miziowej.

Krótko po minięciu wspomnianego rozdroża spotykamy coraz większe płaty śniegu. Jest to dość zaskakujący widok, ponieważ mamy maj i prawie 20 stopni…

Po około 50 min nareszcie otwierają się przed nami piękne panoramy – docieramy na Halę Miziową (1310 m n.p.m.).

Z ciekawostek – niegdyś w tym miejscu prowadzono intensywną gospodarkę pasterską, stąd określenie „hala”. Natomiast nazwa wywodzi się od nazwiska jednego z właścicieli polany z 1930 r., którym był Mizia.

Na Hali Miziowej znajduje się także schronisko, które jest najwyżej położonym schroniskiem w polskich Beskidach.

Robimy sobie przerwę na obiad z widokiem na Babią Górę. Ku naszemu zaskoczeniu ludzi jest bardzo mało, ale w sumie też na szlaku nie spotkaliśmy praktycznie nikogo.

Zamawiamy w schronisku placki ziemniaczane, które bardzo polecam. Tarte na miejscu, smakują jak u mamy!

Obserwujemy pojedyncze osoby, docierające tutaj z różnych stron. 

Sami decydujemy się na „atak szczytowy” czarnym  szlakiem biegnącym wzdłuż wyciągów.

Początkowo podchodzimy brodząc w śniegu, który stawia dodatkowy opór. Natomiast wynagradzają nam to widoki, które rozciągają się za naszymi plecami, dlatego warto co jakiś czas spojrzeć za siebie.

Po około 30 min wędrówki docieramy do znaku „Pilsko 1534 m n.p.m.”. Byłam zupełnie nieświadoma, że to nie jest jeszcze właściwy szczyt. Rozsiadłam się więc wygodnie, żeby podziwiać niesamowitą panoramę na Tatry, Jezioro Orawskie i królującą samotnie Babią Górę.

Tutaj także nie było nikogo, więc była to miła odmiana po górach obleganych zazwyczaj przez tłum ludzi.

Po chwili zostałam oświecona pytaniem, czy idziemy dalej na właściwy szczyt, który znajdował się 10 min dalej.

Faktycznie już po stronie słowackiej znajdziemy tabliczkę z właściwą wysokością wierzchołka Pilska, a także ołtarz z krzyżem. Panorama stąd roztacza się na każdą stronę. 

Dla odmiany schodzimy niebieskim szlakiem, aby dotrzeć do rozwidlenia szlaków, na którym wcześniej wybraliśmy kolor czerwony i dotarliśmy najpierw do schroniska.

Początkowo śniegu jest jeszcze więcej i towarzyszy nam nieustannie szum strumyka. Okazuje się, że pod tą skorupą śniegową płynie sobie dość wartko woda, zakładam że głównie pochodząca z topniejącego śniegu. Trzeba uważać, bo niekiedy można zapaść się nawet po kolana, trafiając stopą wprost do wody.

Cała wycieczka była dość łatwa i przyjemna. Jedyny minus to bardzo błotnisty początek trasy.

Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to około 2h drogi.

Polecam też sprawdzić opcję żółtego szlaku z Korbielowa, bądź zielonym z Sopotni Wielkiej. Czerwony szlak z Przełęczy Glinne jest ponoć najszybszą opcją.

Jeśli szukacie inspiracji na kolejne wyprawy w Beskidzie Żywieckim – zajrzyjcie do wpisu opisującego wycieczkę na Halę Rysianka: https://cucumbrove.pl/beskidy-hala-rysianka/

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://mapa-turystyczna.pl/

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect

Offroad - Land Roverem przez Maderę

Trasa: Południowo-zachodnia część wyspy

Dystans: 120 km

Czas: 8h

Offroad na Maderze? Czemu nie!

Wycieczka Land Roverem z Dragon Tree Travel po południowo-zachodniej części wyspy, była jednym z lepszych doświadczeń podczas naszego pobytu na Maderze. 

Dragon Tree Travel organizuje różne wycieczki po Maderze z perspektywy jej mieszkańców. Dzięki przemieszczaniu się samochodami terenowymi, po starych, malowniczych drogach – docierają tam, gdzie zwykły turysta nie dojedzie samochodem osobowym. 

My wybraliśmy opcję „Biegun Ciepła” opisywaną jako zwiedzanie trudno dostępnej i najcieplejszej części wyspy.

Dodatkowo wycieczki te organizuje Polak (właściciel firmy). Jak sam zaznaczał, w tym momencie jedynie dla polskojęzycznych grup. Spotkaliśmy podczas naszego pobytu na Maderze bardzo dużo naszych rodaków, więc chętnych raczej nie brakuje.

Samochody zazwyczaj podjeżdżają po każdego pod jego miejsce zakwaterowania. Kiedy wszystkie auta pozbierają już swoich pasażerów, spotykają się w jednym miejscu, w którym rozpoczyna się wycieczka.

Link do strony z ofertą i opisem znajdziecie tutaj: https://www.dragontreetravel.com/

Cała zabawa polega na tym, że jedziemy w grupie 3 samochodów, które połączone są ze sobą za pomocą bezprzewodowego, cyfrowego systemu. Pierwsze auto prowadzone jest przez polskiego przewodnika, który opowiada co widzimy dookoła siebie. Oprócz tego dzieli się swoimi doświadczeniami z życia na Maderze oraz różnymi anegdotami. Dzięki bezprzewodowemu nagłośnieniu, przewodnika słychać jednocześnie we wszystkich samochodach.

Najlepsza część podróży to oczywiście jazda po bezdrożach! Można podziwiać wszystko co nas otacza na stojąco dzięki otwartym dachom i dodatkowym uchwytom.

Początkowo przejechaliśmy przez ogromne plantacje bananów, następnie wjechaliśmy do lasu i pięliśmy się w górę wśród zielonych pagórków i pasących się na nich dzikich krów.

Jedną z ciekawostek było to, że mięso tych krów jest bardzo drogie i najlepsze, dzięki bezstresowym warunkom w jakich żyją. Także sposób w jaki są łapane, żeby ich nie zestresować, jest bardzo zaskakujący.

Wyjechaliśmy na tyle wysoko, że na horyzoncie wyłonił się Ocean Atlantycki. Jak zwykle Madera nie zawiodła widokami, dodatkowo pogoda była idealna!

Zatrzymaliśmy się na chwilę na niesamowitym punkcie widokowym. Pośrodku niczego, zero dodatkowych ludzi, tylko cisza, spokój i piękny krajobraz…

Następny przystanek z widokiem na najwyższe góry Madery oraz malownicze serpentyny. Tutaj jednak już mniej dziko, ponieważ można dostać się do tego punktu krętą asfaltową drogą.

Na szczęście ponownie zbaczamy na bezdroża, którymi docieramy do małego baru. Robimy krótką przerwę na jedyną w swoim rodzaju ponchę.

Więcej szczegółów o tym lokalnym drinku we wpisie https://cucumbrove.pl/madera-maderska-kuchnia/ 

Dalej docieramy do kolejnych pięknych punktów widokowych. Opcja otwartego dachu w samochodach daje też super swobodę. Można złapać trochę promieni słońca, poczuć wiatr we włosach i jeszcze łatwiej podziwiać przepiękne widoki.

Dodatkowo krajobraz cały czas się zmienia. Najwyższe góry, Ocean Atlantycki, a nawet jedyny na Maderze płaskowyż na wysokości 1400 m n.p.m. – Paul de Serra porośnięty trawą i wrzoścami.

Naszym kolejnym przystankiem jest najdalej wysunięty na zachód przylądek wyspy – Ponta do Pargo, z którego również rozciągają się niesamowite widoki. 

Do punktu docieramy schodząc wśród żywo zielonych traw. I tutaj bądźcie przygotowani, bo nas zaskoczyła obecność kleszczy!

Stąd możemy obserwować zapierający dech widok na wysunięty klif, ocean mieniący się we wszystkich odcieniach niebieskiego oraz kaktusy.

Podczas wycieczki przewidziany jest też obiad – oczywiście w lokalnej restauracji z przepyszną espadą (lokalny przysmak – ryba głębinowa podawana ze smażonym bananem i ziemniakami).

Odwiedzamy też bardzo klimatyczną, tradycyjną, rybacką wioskę – gdzie urządzamy sobie krótki spacer.

Wycieczka zajmuje cały dzień i kosztuje około 50 euro za osobę. Jednak biorąc pod uwagę niezapomniane doświadczenie i bajeczne widoki, zdecydowanie warto.

Przewodnik jest bardzo interesującą osobą i potrafi w ciekawy sposób przemycać różne informacje.

Bez dwóch zdań podjęłabym drugi raz taka samą decyzję i wybrałabym się na offroad po Maderze.

Jeżeli planujecie wyjazd na Maderę, polecam wybrać się z nimi na chociaż jedną z wycieczek. Jest to też bardzo fajna opcja dla osób, które nie chcą same wynajmować auta, by poruszać się po wyspie.

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect

Tradycyjne przysmaki - kuchnia maderska

Restauracja: Casal da Penha

Adres: Beco da Ataíde 1, 9000-604 Funchal

Po kilku dniach pobytu na Maderze, powiedziałabym, że maderska kuchnia składa się głównie z ryb i mięsa. Nie uświadczymy tutaj bogactwa warzyw na talerzu. Z tego co zauważyliśmy – tak jak w Polsce podczas obiadu króluje mizeria, bądź tarta marchewka, na Maderze praktycznie zawsze podawane są gotowana marchewka, brokuł i fasolka.

Po jednej z wycieczek pojechaliśmy na obiad do Funchal i trafiliśmy do restauracji, gdzie zjedliśmy najlepszy regionalny posiłek podczas całego wyjazdu. Dlatego chciałabym polecić Wam to miejsce – restaurację Casal da Penha.

Oczywiście nie obyło się bez przygód. Gdy dojechaliśmy wygłodniali do Funchal, zostawiliśmy samochód pod słynnym Muzeum Cristiano Ronaldo (Parking pod muzeum). Podeszliśmy pod knajpę i okazało się, że jedzenie będzie serwowane dopiero za godzinę, bo akurat mają przerwę.

Stwierdziliśmy, że szukamy w takim razie innego miejsca, ale na szczęście nic innego nie rzuciło nam się w oczy i kręcąc się chwile po mieście, znowu wróciliśmy tutaj: Restauracja Casal da Penha

Zaczęliśmy oczywiście od ponchy. Jest to maderski drink zrobiony z rumu aguardente, soku z cytryny, bądź pomarańczy oraz miodu pszczelego. Raczyliśmy się tym trunkiem dosyć często i według nas był to jeden z lepszych drinków jakie kiedykolwiek piliśmy. Bardzo orzeźwiający, mało słodki i nieoszukany.

Nie mogło też zabraknąć tradycyjnego chlebka Bolo do Caco, który powstaje z mieszanki mąk oraz ziemniaków. Bardzo często serwowany jest na ciepło z masłem czosnkowym.

Jako danie główne, zamówiłam espatadę. Było to moje drugie podejście i cieszę się, że zaryzykowałam po pierwszym nieudanym, bo tym razem było to niesamowite doznanie kulinarne.

Espatada są to kawałki wołowiny nacierane czosnkiem i ziołami, następnie nadziewane na aromatyczną gałązkę z drzewa laurowego i pieczone nad drewnem. Mięso rozpływało się w ustach, było delikatnie złapane z wierzchu i przesiąknięte aromatem dymu. 

Nie przepadam za praktycznie surowym mięsem, ale to było naprawdę niesamowite.

Innym bardzo popularnym maderskim daniem jest espada. 

Espada, inaczej pałasz czarny. Jest to ryba głębinowa, którą łowi się jedynie w dwóch miejscach na świecie – w Japonii i koło Madery. Podaje się ją z ziemniakami i  smażonymi bananami. Ryba ma białe, bardzo delikatne mięso – coś pomiędzy dorszem a halibutem. Warto więc spróbować tego regionalnego przysmaku. 

Po obiedzie zrobiliśmy sobie krótki spacer po mieście. Byliśmy na Maderze w maju i jak się okazało parę dni przed paradą kwiatów, która jest tam wielkim, corocznym wydarzeniem.

Nie mieliśmy za dużo czasu, żeby chodzić po Funchal, ale po tym krótkim spacerze, byliśmy pozytywnie zaskoczeni ilością roślinności, parków i zieleni w centrum stolicy Madery.

Warto znaleźć chwile, aby się tam trochę pokręcić. Oczywiście przy okazji polecam też zaglądnąć do opisanej wyżej restauracji i popróbować maderskiej kuchni.

Lewada Caldeirão Verde (PR9)

Trasa: PR9 – Parque Florestal das Queimadas – Wodospad Verde Caldeirão (droga wzdłuż lewady tam i z powrotem)  

Dystans:  14,5 km

Czas: 4h

Madera jest rajem dla osób lubiących uprawiać trekking. Oferuje sporo tras wijących się przez całą wyspę, które poprowadzone są wzdłuż lewad.

A czym są lewady?

Lewady – system kanałów służących do transportowania wody deszczowej z północy Madery na południe. Równolegle do nich budowano ścieżki niezbędne do utrzymania drożności kanałów. Dzięki temu dzisiaj są one wykorzystywane przez piechurów i dostarczają niesamowitych wrażeń.

Co ciekawe takich lewad na Maderze jest około 200, o łącznej długości 3000 km – większości z nich towarzyszy szlak pieszy.

Podczas naszego wyjazdu na Maderę udało nam się przejść lewadę do Caldeirão Verde, przez którą prowadzi szlak PR9.

Lewada ta znajduje się w północno-wschodniej części wyspy. Trasa rozpoczyna się w parku leśnym Queimadas. Znajdziemy tutaj parking, na którym można zostawić samochód. Dojazd z Funchal to około 45 km (50 min jazdy).

Link do parkingu: https://goo.gl/maps/uZDBEfx9b9285dZ3A

Już po wyjściu z samochodu, możemy zobaczyć chatkę, która architekturą wpasowuje się w charakterystykę domków w Santanie.

Przechodzimy przez parking wprost pod małą kawiarnię. Po drodze mijamy zagrodę ze zwierzakami.

Otaczający nas krajobraz wydaje się być wręcz baśniowy – zieleń, mchy, drewno i kolorowe kwiaty, tworzą niesamowity klimat.

Ruszamy w drogę. Przed nami około 7 km marszu w jedną stronę. Trasa powrotna biegnie dokładnie tą samą ścieżką.

Już od samego początku towarzyszy nam wspomniany wcześniej kanał transportujący wodę, a z każdym krokiem ścieżka robi się coraz węższa.

Wchodzimy w świat wypełniony mchem i opleciony wielkimi paprociami, gdzie słychać jedynie szum płynącej wody oraz śpiew ptaków.

Co jakiś czas otwierają się widoki na zalesione góry. Niestety poranek był dość mglisty, także widoczność też nie była najlepsza, jednak miało to swego rodzaju klimat.

Trasa jest wąska, ale bardzo dobrze przygotowana i dość łatwa. Nie musimy tutaj raczej pokonywać żadnych przewyższeń. 

Jedynym utrudnieniem, a dla niektórych pewnie atrakcją, są tunele wykute w zboczach. Dlatego na tej trasie na pewno przyda Wam się latarka.

W końcu po około 7 km wędrówki docieramy do punktu kulminacyjnego wycieczki – laguny z majestatycznym 100-metrowym wodospadem. Naprawdę robi wrażenie…

W tak pięknych okolicznościach przyrody robimy sobie przerwę na wypieki zakupione w maderskiej cukierni. Jest tutaj dość chłodno, także nie rozsiadamy się na zbyt długo.

W drodze powrotnej napotykamy na większą ilość osób. W niektórych miejscach wymijanie się jest dość uciążliwe, szczególnie kiedy mijamy się z większymi grupami, na wąskich odcinkach.

Cała trasa – tam i z powrotem to około 15 km. Poziom trudności oceniamy na dość łatwy. Jest to lekka, przyjemna wycieczka wśród zieleni. 

Może nie zobaczy się tutaj tak spektakularnych widoków jak na trasie w górach – między Pico de Arieiro a Pico Ruivo – trasa PR1, o której więcej możecie przeczytać tutaj: https://cucumbrove.pl/madera-pico-do-arieiro-pico-ruivo-pr1/, bądź na trasie PR8 poprowadzonej przez Ponta de Sao Lourenco – więcej tutaj:  https://cucumbrove.pl/madera-ponta-de-sao-lourenco/

Jednak warto przejść się chociaż jedną ze ścieżek poprowadzoną wzdłuż lewad, dla samego doświadczenia. 

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Profil przewyższenia z aplikacji Garmin Connect

Poranki - najlepsze śniadania w Krakowie

Restauracja: Poranki

Adres: Plac Bawół 4, 31-057 Kraków

Nie wiem jak dla Was, ale śniadanie to dla mnie najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wiadomo, że każdy dzień trzeba zacząć dobrze i chyba nie ma nic lepszego, niż smaczne śniadanie.

Poranki to pyszny, śniadaniowy koncept znajdujący się na krakowskim Kazimierzu. Mały, przytulny lokal ukryty w jednej z kamienic.

Menu jest dość krótkie, ale każdy może znaleźć coś dla siebie. Są tutaj opcje posiłków zarówno na słodko i na słono, a także pozycje bezglutenowe i wegańskie.

Z ciekawostek – gofry, bułki, chleb oraz pancakes – wszystko wypiekane jest na miejscu.

Jako pierwsza dociera do nas kawa o niesamowitym smaku i aromacie. Prezentuje się bardzo estetycznie.

Jeżeli chodzi o same posiłki, musieliśmy na nie trochę poczekać, ale jest to wpisane w kulturę powolnych śniadań, pozwalającą celebrować niespiesznie poranny czas.

Najchętniej spróbowalibyśmy wszystkiego, ponieważ każda pozycja w karcie wydaje się bardzo atrakcyjna. Ostatecznie decydujemy się na burgera śniadaniowego, gofra z bekonem i pancakes z solonym karmelem.

Jajka w koszulce, bekon, szpinak oraz sos holenderski podane na ciepłym chrupiącym gofrze były najlepszym wyborem.

Wszystkie smaki tworzyły spójną całość i pobudzały nasze kubki smakowe.

Kolejna pozycja na słono – wypiekana na miejscu brioszka w towarzystwie białej kiełbasy, jajka sadzonego, marynowanej czerwonej cebuli oraz sosu musztardowo-miodowego. 

Wybór również bardzo smaczny, ale jednak gofry wygrały tę konkurencję.

I na koniec – jako śniadaniowy deser – pancakes z solonym karmelem, karmelizowanym bananem, kremem z rumem oraz kruszonką. Były to chyba najlepsze placuszki jakie kiedykolwiek jadłam. Chociaż orange french toast są dla nich ponoć mocną konkurencją. Może uda się nam to sprawdzić następnym razem.

Jeżeli szukacie więc miejsca na pyszne, powolne śniadanie, zdecydowanie polecam zaglądnąć do restauracji Poranki.

Przewiń na górę