Gorc – atrakcyjny pod względem turystycznym szczyt wznoszący się na wysokość 1228 m n.p.m. znajdujący się w Paśmie Gorców. W 2015 r. wybudowano na jego wierzchołku drewnianą wieżę widokową, która zwiększyła popularność tej destynacji dla wędrówek pieszych.
Nazwa szczytu prawdopodobnie pochodzi od wypalania polan sposobem żarowym, przez co były „wygorzałe”.
Na szczyt możemy dotrzeć na wiele sposobów. My wybieramy niebieski szlak rozpoczynający się w miejscowości Lubomierz-Rzeki.
Samochód zostawiliśmy na płatnym parkingu, znajdującym się zaraz obok wejścia na szlak.
Pinezkę znajdziecie tutaj (parking nie jest zaznaczony na mapie, natomiast znajduje się przy kaplicy, do której przypięłam pinezkę): https://goo.gl/maps/56NpwuBeqCPxe2RN7
Z parkingu przechodzimy przez mostek i wchodzimy na szlak, który początkowym fragmentem biegnie wzdłuż szerszej drogi leśnej. Temperatura nas nie rozpieszcza, jest około -10 stopni…
Liczymy jednak, że idąc w górę szybko się rozgrzejemy.
Po niecałym kilometrze szlak odbija w lewo do lasu. Tutaj trzeba uważać na oznakowanie, nie było on zbyt dobrze widoczne. My go nie zauważyliśmy, rozpędziliśmy się i szliśmy cały czas za drogą, także po chwili musieliśmy się cofnąć do rozgałęzienia ścieżek.
Ten fragment jest mocno oblodzony, dajemy radę iść bez raczków, ale z powrotem byłoby ciężko. Śniegu nie ma jakoś bardzo dużo, a poprzednie dni były cieplejsze, stąd też ta odkryta, zamarznięta skorupa.
Po kolejnym kilometrze, który pokonujemy lasem, z powrotem wychodzimy na tę samą leśną drogę, aby zaraz odbić tym razem w prawo. Na zakręcie znajduje się drewniany stół z ławami, przy którym można sobie zrobić przerwę na śniadanie.
Tutaj rozpoczyna się bardziej strome podejście, nie jest ono jednak jakoś bardzo wymagające.
Ludzi na szlaku nie ma za wiele. Co ciekawe praktycznie każdy jest wyposażony w kijki i w raczki, co jest dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem.
Po około 4 km od początku wędrówki, docieramy wreszcie na Polanę Świnkówka, z której roztacza się piękny widok na Tatry.
Z powrotem wchodzimy w las, aby po kilkunastu metrach dalej znaleźć się na rozległej polanie pod Gorcem, z której już widać cel naszej wędrówki.
Po przejściu polany, która wydaje się być bardzo przyjemną miejscówką do rozłożenia się tutaj w lecie, pozostaje nam jedynie krótki fragment pod górę. W końcu po niespełna 2 godzinach meldujemy się na szczycie.
Pomysł na wybudowanie tutaj wieży widokowej był strzałem w dziesiątkę. Sam szczyt bowiem jest lekko zalesiony, także widoczność jest ograniczona.
Wieża została zbudowana także z myślą o osobach z lękiem wysokości. Dzięki zabudowanym schodom, można wejść na samą górę wyzbywając się strachu.
A uwierzcie, że warto! Z wieży możemy podziwiać panoramę Tatr, Pienin, Beskidów, a także dostojną Babią Górę. Z każdej strony są także tabliczki, z opisami szczytów, które możemy zaobserwować.
Jedyny minus – u góry bardzo wiało, po wyciągnięciu telefonu, aby zrobić zdjęcia, po chwili przestaliśmy czuć palce u rąk…
Po zejściu z wieży robimy sobie krótką przerwę na kanapki i ciepłą herbatę. Z minuty na minutę zbiera się tutaj coraz więcej osób, także zakładamy raczki i ruszamy z powrotem na dół. Ze względu na samochód i brak alternatywnej drogi, schodzimy tą samą trasą.
Całą wycieczkę oceniamy na łatwą, atrakcyjną o każdej porze roku i dostępną dla każdego.
Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to lekko ponad godzina drogi.
Polecam serdecznie jako pomysł na lekką, krótką wycieczkę – my na pewno wrócimy tutaj jeszcze nie raz! Ponoć warto się wybrać na Gorc na wschód lub zachód słońca.
Kiedyś byłam bardzo sceptycznie nastawiona do zimowych wycieczek w góry. Wydawało mi się to trudne, nieosiągalne i bardzo niebezpieczne.
Zimowe wejście na Turbacz, było jednym z pierwszych takich doświadczeń. Była to dość charakterystyczna data – Sylwester kilka lat temu. W tym roku postanowiliśmy to powtórzyć.
Siedząc przy stole i kończąc świąteczne smakołyki, zobaczyliśmy, że szykuje się niesamowita pogoda w weekend. Bez większego namysłu, padła decyzja, że zbieramy ekipę i wychodzimy na Turbacz!
Turbacz jest najwyższym szczytem w pasmie Gorców i rozpościera się z niego przepiękny widok na Tatry i nie tylko.
Dla ciekawskich oraz wtajemniczonych, przebiega przez niego także Główny Szlak Beskidzki (GSB). Również ciekawe jest to, że przy schronisku na Turbaczu krzyżuje się co najmniej kilka szlaków, więc można tutaj dotrzeć z różnych stron.
My natomiast wybraliśmy naszą ulubioną i równocześnie najbardziej widokową trasę – zielonym szlakiem wychodzącym z Nowego Targu – Oleksówek.
Pierwszy odcinek szlaku prowadzi drogą asfaltową, z której dość szybko odbijamy w las. Na dole śniegu nie ma jakoś bardzo dużo, natomiast na początku witają nas oblodzone kamienie, przykryte cienką warstwą puchu.
Podczas zimowych wędrówek bardzo dobrze jest wyposażyć się w raczki, stuptuty oraz kijki. Nie są one bardzo drogie, natomiast niesamowicie przydatne.
Po pierwszym bardziej stromym fragmencie biegnącym przez las, wychodzimy na polanę, gdzie naszym oczom ukazują się tatrzańskie szczyty.
Robimy krótki odpoczynek, by chłonąć witaminę D oraz widoki i ruszamy dalej. Towarzyszy nam niesamowita pogoda. Błękit nieba, piękne słońce, ośnieżone drzewa… Im wyżej wychodzimy, tego śniegu jest coraz więcej.
Na szczęście na szlaku nie ma zbyt dużych tłumów – zapewne jest to spowodowane ilością szlaków prowadzących na szczyt.
Większość trasy jest zaśnieżona, a miejscami pojawiają się spore płaty lodu, które stają się później utrudnieniem, głównie przy schodzeniu.
Po drodze mijamy także kilka chatek, które wpisują się w ten górski krajobraz.
Niesamowite jest to, że w górach śnieg jest bardzo czysty. Dzięki temu przepięknie skrzy się w promieniach słonecznych i odcina się na tle błękitnego nieba.
Dalej dochodzimy do kolejnego, bardziej stromego podejścia, które prowadzi już praktycznie pod samo schronisko.
Bardziej stromego w stosunku do całej trasy, która jest raczej łagodna.
Następnie docieramy pod schronisko, które znajduje się około 10 min przed szczytem. Widząc, że tutaj ludzi jest już zdecydowanie więcej, decydujemy się najpierw wyjść na szczyt, a później w drodze powrotnej zatrzymać na krótki odpoczynek.
Droga od schroniska na szczyt jest niesamowita. Wąska, biała ścieżka, wśród ośnieżonych drzew. Krajobraz jest naprawdę bajkowy.
Sama natura maluje najpiękniejsze obrazy.
Po ponad dwóch godzinach niespiesznej wędrówki zdobywamy szczyt – 1310 m n.p.m. Robimy kilka zdjęć i schodzimy z powrotem pod schronisko, ponieważ głód daje nam się we znaki.
Pod schroniskiem znajdujemy wolny stół i wyciągamy nasze zapasy oraz gorącą herbatę. Obowiązkowa podczas zimowych spacerów – najszybciej rozgrzewa organizm od środka.
Nie rozsiadamy się jednak zbyt długo, ponieważ kiedy przestaliśmy się ruszać, coraz bardziej odczuwamy te -8 stopni u góry.
Ostatecznie decydujemy się na zejście tą samą drogą. Po pierwsze, żeby dotrzeć do samochodu pozostawionego na parkingu, po drugie już wiemy czego możemy się spodziewać na szlaku.
Poza śliskimi kamieniami pod koniec trasy – dość sprawnie i bez wysiłku schodzimy na dół.
Przejście całej trasy zajęło nam lekko ponad 4h. Jest to bardzo przyjemna wycieczka – polecam ją na każdą porę roku.
Myślę, że jest również fajną opcją na rozpoczęcie swojej przygody z zimowymi wędrówkami po górach. Trasa nie jest trudna technicznie i zagrożenie lawinowe jest praktycznie zerowe. Można spotkać po drodze wielu ludzi również z dziećmi.
Ciekawą alternatywą jest zabranie ze sobą „jabłuszka”, na którym można zjeżdżać i trochę przyspieszyć sobie czas zejścia. Oczywiście nie da się tego zrobić na całej trasie, ale na pewno na niektórych odcinkach.