Cucumbrove

Travelling. Cycling. Hiking. Eating.

Trekking Dolomity

Dolomity - Seceda (2519 m) z kultowym widokiem na masyw Odle

Trasa: Ortisei – Val Gardena (kolejką linową) – Seceda – Pieralongia – Panoramabalkon UNESCO Mastle Santa Cristina – Seceda (kolejka linowa)

Dystans:  8,24 km

Przewyższenia: 550 m

Czas wędrówki: 2,52 h

Seceda (2519 m) wraz z widokiem na masyw Odle jest zdecydowanie ikoną Dolomitów. Wielu z Was zapewne widziało ten widok nie raz przeglądając polecane w Dolomitach miejsca.

Jest to obrazek, który wywiera niesamowite wrażenie i pozostaje z nami na długo.

Na Secedę najprościej dostać się kolejką linową z miejscowości Ortisei-Val Gardena. Link: https://maps.app.goo.gl/TRojrTXUPh8g41Wc8

My musiałyśmy dojechać tam najpierw busem i zajęło nam to około godziny od Corvary, w której miałyśmy nocleg.

W Ortisei kupiłyśmy bilet na Secedę (tam i z powrotem) – koszt w lipcu 2023 wynosił około 40 euro.

Żeby dostać się na górę, musiałyśmy przemieścić się dwoma kolejkami. Pierwszy odcinek pokonujemy małą gondolą, następnie przesiadamy się do większego wagonika, wraz z około 30 innymi osobami, który pnie się ostro w górę.

Po dojechaniu na górę, udałyśmy się prosto na punkt panoramiczny z jakże kultowym widokiem.

Od razu widać, że jest to dość popularna atrakcja. Można tutaj spotkać sporo turystów z różnych stron świata – w przeciwieństwie do tras z poprzednich dni opisanych we wcześniejszym wpisie: Dolomity: Trasa na Piz Boè (3152 m) – etap 1

Oczywiście, żeby zrobić perfekcyjne zdjęcie, trzeba chwilę odczekać w kolejce. Nie jest to jednak bardzo problematyczne, ponieważ rozciągające się widoki są spektakularne. Zobaczenie na żywo tej kultowej grani jest przeżyciem nie do opisania. Podpisuje się obiema rękami, że warto tutaj dotrzeć.

Oczywiście nie jest to koniec atrakcji! Można tutaj sobie zrobić całkiem przyjemną wycieczkę trekkingową. Ruszamy zatem dalej wprost do rozpościerających się przed nami niesamowicie zielonych łąk.

Spacerujemy wśród tej niesamowitej zieleni i majestatycznych skał, które nas otaczają. Co jakiś czas słychać charakterystyczne dzwonki, wprost z reklamy Milki. Spotykamy też po drodze restauracje, wraz z zagrodami dla zwierząt.

Teren jest bardzo przyjemny, z niewielkimi podejściami i zejściami. Poziom trudności zdecydowanie łatwy, zresztą wielu ludzi spaceruje tutaj z małymi dziećmi.

Jedynym wyzwaniem, które mamy, to godzina odjazdu ostatniego busa do Corvary. Niestety nie możemy sobie pozwolić na zrobienie całego kółka. Znajdujemy na mapie jeszcze ciekawą formację skalną  – Pieralongię – pod którą się kierujemy.

Dalej, żeby trochę skrócić sobie drogę, znajdujemy ścieżkę wydeptaną wśród pasących się koni. Chwilę wahamy się, czy to na pewno dobry pomysł wkraczać na ich terytorium. Jednak widząc ludzi, którzy także wybrali tę drogę – ruszamy przed siebie.

Tym oto sposobem docieramy jeszcze do punktu Panoramabalkon UNESCO Mastle Santa Cristin z kolejnym pięknym widokiem. 

Następnie pniemy się z powrotem w górę, pod kolejkę, aby załapać się na kurs i zdążyć na busa.

Po trochę szybszym marszu i lekko podniesioną adrenaliną wsiadamy do wagonika i zjeżdżamy z powrotem do miejscowości Ortisei – Val Gardena.

W oczekiwaniu na busa, załapałyśmy się jeszcze na przepyszne gelatto. W moim przypadku, niezmiennie pistacja jest obowiązkowa!

Po szalonym kursie praktycznie pustym busem i przemierzeniu ponownie niezliczonej ilości serpentyn, docieramy do Corvary. 

Oczywiście w restauracjach trafiamy na okienko, gdzie można zamówić jedynie aperitivo. Pocieszające jest to, że zawsze dodają jakieś przekąski. Także bierzemy głód na przetrzymanie.

Wycieczkę możemy zaliczyć zdecydowanie do tych udanych i niezapomnianych. Pogoda dopisała, błękit nieba i ta niesamowita zieleń…

Seceda jest zdecydowanie miejscem, które warto zobaczyć na własne oczy. Wywiera niesamowite wrażenie i mogę powiedzieć, że jest to jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałam.

Okolice Secedy oferują mnóstwo ścieżek, którymi można sobie zrobić naprawdę łatwą i przyjemną, pieszą wycieczkę.

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect

Dolomity - w drodze na Piz Boè (3152 m) Etap 2: Pisciadùhütte - Piz Boè - Rifugio Franz Kostner al Vallon

Trasa: Schronisko Pisciadùhütte – Rifugio Boè – Piz Boè (3152 m) – Rifugio Franz Kostner al Vallon

Dystans:  8,65 km

Przewyższenia: 888 m

Czas wędrówki: 4,53 h

Drugi dzień rozpoczął się dosyć wcześnie, ze względu na prognozę pogody. Noc nie należała do najprzyjemniejszych przez chrapiących współtowarzyszy. Jednak ekscytacja przed kolejnym etapem wędrówki była nadal na wysokim poziomie.

W końcu miałyśmy dotrzeć do punktu kulminacyjnego naszej trasy – szczyt Piz Boè (3152 m).

Podczas śniadania musiałyśmy podjąć decyzję, którą trasą ruszamy. Miałyśmy bowiem dwie opcje: ścieżka po lewej (krótsza i ciut bardziej stroma) lub po prawej stronie jeziora (dłuższa, natomiast bez znaku drabinki na mapie). Ostatecznie, w pewnym momencie trasy te i tak się spotykały.

Po krótkiej dyskusji wybrałyśmy dłuższą trasę – na prawo od jeziora. Jak się później okaże, nie był to jednak najlepszy wybór…

Ponieważ pogoda zapowiadała się od południa burzowo, musiałyśmy wykorzystać okna pogodowe, aby zdobyć szczyt i zejść do schroniska Franz Kostner, w którym miałyśmy zarezerwowany nocleg.

Dopakowałyśmy więc plecaki i ruszyłyśmy. Już po kilku minutach zauważyłyśmy, że wszyscy ludzie opuszczający schronisko kierują się na lewo od jeziora, także sporą część trasy szłyśmy zupełnie same.

Zanim wyszłyśmy na Sela de Pisciadu (2908 m), minęły nas jedynie dwie kobiety schodzące z góry.

Podejście było dosyć żmudne. Cały czas wędrowałyśmy po ścieżce biegnącej przez piarg. Momentami można było łatwo zboczyć ze szlaku, także trzeba było być bardzo uważnym i wypatrywać znaków namalowanych na skałach.

Natomiast klimat otaczających nas niesamowitych formacji skalnych, był jak nie z tego świata. Coś wspaniałego, a to dopiero przedsmak dalszych widoków.

W pewnym momencie ścieżka urwała się pod pionową ścianą, na której po chwili zauważyłyśmy rozpiętą metalową linkę. To właśnie wtedy pożałowałam forsowania, żeby wybrać trasę po tej stronie jeziora. No ale cóż, trzeba iść dalej.

Zaczęłyśmy wchodzić na tę ściankę – do tej pory nie jestem  wstanie ocenić jak wysoka mogła być. Koleżanka wchodziła jako pierwsza, ja zaraz za nią. W pewnym momencie zauważyłam, że nie idzie wyżej, ja także przestałam się czuć komfortowo, kiedy spojrzałam za siebie.

Usłyszałam jedynie pytanie co robimy, bo wyżej nie wygląda to dobrze i z tymi dużymi plecakami musiałybyśmy tutaj zacząć się wspinać. Jednogłośnie zdecydowałyśmy, że robimy odwrót – trudno, nie zdobędziemy trzytysięcznika, ale nie ma co robić nic na siłę. 

Schodziłyśmy już z powrotem, gdy w pewnym momencie koleżanka zauważyła, że na prawo od ściany, którą chciałyśmy pokonać biegnie jakaś ścieżka. Pojawił się promyczek nadziei, że może jednak to jeszcze nie koniec naszej wędrówki. Tak! To było przejście na drugą stronę, strome podejście pozwalające ominąć pokonywanie skalnej ściany.

W momencie kiedy wdrapałyśmy się na górę zaczęło strasznie wiać i lać. Na szczęście w deszczu szłyśmy tylko przez jakiś kilometr już po płaskim terenie. Po chwili wyszło piękne słońce i zaczęły odsłaniać się niesamowite widoki.

Do kolejnego schroniska pod szczytem Piz Boè- Boèhütte, miałyśmy około kilometr do pokonania. Wierzchołek Piz Boè prezentował się wręcz niewiarygodnie. Wyglądał niczym wielki, symetryczny wulkan.

W schronisku zrobiłyśmy sobie krótką przerwę, żeby się rozgrzać i wypić gorącą czekoladę. Nie mogłyśmy natomiast rozsiąść się tam na dłużej, ponieważ musiałyśmy wykorzystać kolejne okno pogodowe, żeby dotrzeć na szczyt przed kolejną falą deszczu. Pogoda w górach potrafi być bardzo zmienna. Wyruszyłyśmy więc na nasz ‘atak szczytowy’.

Podejście było dość strome i czuć było różnicę we wdychanym powietrzu – na wysokości bliskiej 3 tysięcy metrów oddech był płytszy. Także bardzo szybko musiałam zweryfikować tempo, z którym wyruszyłam.  

Oczywiście około 10 min przed schroniskiem na szczycie Piz Boè ponownie złapał nas deszcz. U samej góry było bardzo zimno i wiał dość mocny i nieprzyjemny wiatr. Od razu schroniłyśmy się w małej zatłoczonej chacie (Rifugio Capanna Piz Fassa). Okazało się, że sporo ludzi wjeżdża pod Piz Boè kolejką i pokonuje jedynie ostatnie podejście na szczyt. Wypiłyśmy na miejscu gorącą herbatę (chyba nawet nie jedną) i zjadłyśmy ciepłą zupę w oczekiwaniu na poprawę pogody. Termometr wskazywał, że na zewnątrz jest 2 stopnie. Przypomnę tylko, że byłyśmy tam pod koniec lipca.

W końcu gdy przestało padać, mogłyśmy wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się dookoła. Ponieważ jednak wiatr był dalej bardzo zimny i nieprzyjemny, zaczęłyśmy schodzić w dół. Widoki pomimo pogody były jak nie z tej ziemi – piękne formy skalne, lodowiec Marmolada w tle oraz niesamowity spektakl chmur.

Po około 1,5 km schodzenia, dotarłyśmy do miejsca, które było kolejnym wyzwaniem. Dość strome zejście, które z góry wyglądało bardzo nieprzyjemnie. Na szczęście na skale, jako poręcz była rozpięta metalowa linka, ale nie zabrakło trochę wyciągania i rozciągania się na niektórych fragmentach. Wyglądało to jak zejście kominem, po obsuwających się skałach. W takich warunkach pokonałyśmy około 100 m w dół na 300-stu metrowym odcinku.

Dalej czekało nas już przyjemniejsze zejście w dół, do schroniska Franz Kostner (2536 m) – gdzie ponownie około 10 min przed dotarciem złapała nas kolejna ulewa.

Ten dzień był dość wymagający psychicznie, jak i pogodowo. Deszcz zmoczył nas trzykrotnie, zawsze chwile przed schroniskiem. Na szczęście udało nam się dotrzeć do miejsca naszego noclegu zanim zaczęła się burza.

Rifugio Franz Kostner zrobiło na mnie spore wrażenie. Samo wnętrze było bardzo klimatyczne, a jedzenie przepyszne. Tym razem spałyśmy w 6cio-osobowym pokoju, a prysznic nie był na żetony. Jako pierwsze zamówiłyśmy ‘bombardino’, żeby rozgrzać się od środka i odreagować cały stres. Jest to włoski napój alkoholowy, który podawany jest na gorąco, a w jego skład wchodzą ajerkoniak, whisky oraz bita śmietana. Była to jedyna rzecz, po której w końcu zrobiło nam się ciepło.

Kiedy na chwilę wyszło słońce, wyszłyśmy na zewnątrz podziwiać widoki. Schronisko jest położone w niesamowitym miejscu, a krajobraz dookoła robi naprawdę wrażenie.

Cały dzień zwieńczyła bardzo obfita i smaczna obiadokolacja. Fajne było też to, że stoliki były z góry przypisane i można było zintegrować się z innymi wędrowcami. Jeżeli chodzi natomiast o burzę w nocy w górach, na wysokości 2,5 tysiąca metrów, to nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie. Echo grzmotów odbijających się od skał i dyskoteka błyskawic zdecydowanie nie pomagała nam zasnąć.

Był to dzień, który zapamiętam na długo. Za drugim razem na pewno wybrałabym ścieżkę lewą stroną jeziora. Cała trasa była dość wymagająca, ale chyba głównie ze względu na pogodę. Gdybyśmy nie musiały trafiać w okna pogodowe i nie zlałoby nas tyle razy – to odbiór na pewno byłby jeszcze lepszy. Natomiast zdecydowanie warto! Sama satysfakcja zdobycia 3-tysięcznika, na własnych nogach jest nie do opisania. Także klimat Dolomitów, który zachwyca i mała ilość ludzi, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Jeżeli chodzi o drugi etap wycieczki – był zdecydowanie bardziej wymagający niż jej pierwsza część opisana w poprzednim wpisie Dolomity: Trasa na Piz Boè (3152 m).

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://pl.mapy.cz/zakladni?x=21.0067000&y=52.2296000&z=8

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect

Dolomity - w drodze na Piz Boè (3152 m) Etap 1: Corvara - Pisciadùhütte

Trasa: Corvara – schronisko Pisciadùhütte

Dystans:  8,65 km

Przewyższenia: 1046 m

Czas wędrówki: 3,5h

Początkowo pomysł na tę wycieczkę wydawał się dość szalony. Dojazd na miejsce był niemałą łamigłówką logistyczną, gdzie wystarczyło, żeby jeden kafelek się wysypał i mogłabym mieć problem.

Brzmi jak wyprawa na jakiś odległy kontynent, prawda? A to jedynie wyjazd w Dolomity.

Okazało się, że bez samolotu, bez auta i całkiem niedużym kosztem da się dotrzeć na miejsce! Destynacją była mała, włoska miejscowość – Corvara, położona w Tyrolu południowym, w samym sercu Dolomitów.

Zapytacie w jaki sposób się tam dostałam? Otóż odpowiedź brzmi: pociągami! O dziwo, zarówno w Austrii jak i we Włoszech działają dużo bardziej punktualnie niż w Polsce. Owszem, jechałam w sumie pięcioma pociągami i busem, ale ku mojemu zaskoczeniu wszystko poszło całkiem gładko.

Do planowania trasy dojazdu polecam strony: https://www.thetrainline.com/en-us oraz https://www.suedtirolmobil.info/en/.

Pomijając jednak logistykę i przechodząc do clue programu – oczywiście głównym celem wyjazdu był trekking w Dolomitach. No i przy okazji włosko-alpejskie pyszne jedzenie.

Pierwsze wyjście zakładało 3 dniową wędrówkę po górach z noclegami w schroniskach oraz zdobycie 3-tysięcznika. Nie powiem, było to dla mnie bardzo ekscytujące, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że był to mój pierwszy trekking z większym plecakiem i noclegiem w górach.

Początkowy etap obejmował trasę Corvara – schronisko Pisciadùhütte o długości około 9 km oraz przewyższeniem 1000m. Była to pierwsza moja styczność z Dolomitami, także krajobraz oraz charakter tych gór mnie oczarował.

Wędrówkę rozpoczęłyśmy w Corvarze. Pierwsze kilometry przebiegały dosyć łagodnie a ścieżka była równocześnie wytyczonym szlakiem rowerowym. Otaczały nas pionowe, skalne ściany, wyrastające z zielonych pagórków. Wyglądały bardzo majestatycznie i budziły respekt.

Bardziej strome podejście zaczynało się dopiero na wysokości kolejnej wioski – Colfosco. Tam rozpoczęłyśmy swoją mozolną wspinaczkę. 

Za plecami pozostawiałyśmy asfaltowe serpentyny, które zapewne są rajem dla motocyklistów oraz rowerzystów.

Przed nami niemałe podejście, poprowadzone niesamowitym zygzakiem wijącym się poprzez skalny piarg.

Dość szybko zmienił się też klimat krajobrazu. Zero zieleni, same skały, co dawało odczucie jakbyśmy znalazły się na jakiejś innej planecie.

Od dołu trasa sprawiała wrażenie stromej, ale im wyżej, tym wyglądało to mniej groźnie. Chociaż i tak cieszyłam się, że tamtędy wchodzimy, a nie schodzimy.

Cały szlak był bardzo dobrze oznakowany i w przeciwieństwie do naszych tatrzańskich tras, praktycznie w ogóle nie był zatłoczony. Można było więc wędrować w ciszy i spokoju, obcując jedynie z pięknem natury. Co ciekawe, nie spotkałyśmy po drodze zbyt wielu Polaków. Natomiast sporo osób wędrowało również między schroniskami.

Planując swoje trasy w Dolomitach, polecam bardzo uważnie przyglądać się mapom. Jest tutaj bowiem wiele tras, poprowadzonych ferratami, na których musicie mieć uprząż i kask.

W aplikacji mapy.cz, z której korzystałyśmy – takie fragmenty były oznaczone symbolem drabinki zazwyczaj z jakąś literką (od A – łatwa ferrata, do E – hardcorowa).

Zdarzało się także, że pojawiał się symbol drabinki bez żadnej literki – tak też było podczas naszego pierwszego etapu. Są to ferraty bardzo proste i niewymagające posiadania sprzętu (jeśli chodzi o dorosłych).

Wyglądało to w ten sposób, że na trudniejszych fragmentach rozpięta była metalowa linka, której można się było chwycić podchodząc. Dodatkowo, na niektórych fragmentach spotkałyśmy też metalowe stopnie, wbite w skałę. Takie „wyzwanie” czekało na nas na odcinku około 600m, praktycznie już pod samym schroniskiem.

Kiedy pokonałyśmy ten odcinek, zobaczyłyśmy przepiękne formacje skalne porozsiewane wśród mniejszych i większych skał. Zrobiłyśmy krótką przerwę na polatanie dronem, a później ruszyłyśmy prosto do schroniska, żeby się trochę posilić i odstawić nasze plecaki.

Swoją drogą, schronisko Pisciadùhütte jest przepięknie położone – widoki są zachwycające. Szarość skał, turkus jeziora oraz lustrzane odbicie górujących nad nim szczytów.

Jeżeli chodzi o nocleg – trafiłyśmy do wielkiej sali, w której było chyba ze 20 łóżek piętrowych. Na szczęście byłyśmy jednymi z pierwszych, więc mogłyśmy jeszcze wybierać miejscówkę do spania.

Minusem był jeden prysznic na żetony otwarty jedynie przez 3h. Trzeba było wystać się w kolejce, żeby załapać się na szybkie mycie.

Natomiast bardzo na plus opcja noclegu z obiadokolacją i śniadaniem (tzw. halfboard). Dzięki temu nie trzeba dźwigać ze sobą za dużo prowiantu, ponieważ karmią tam bardzo obficie i smacznie. Cena to około 70 euro.

Zaleta spania w górach – kolory przed zachodem słońca oraz cisza i spokój. Obracasz się jedynie w gronie osób również nocujących w schronisku, a szlaki pustoszeją.

Jako kolejna wskazówka – polecam też zabrać ze sobą cieplejsze rzeczy. Owszem, my byłyśmy w lipcu i w naszej wiosce było ponad 25 stopni, natomiast w górach jest już dużo chłodniej.

Podsumowując pierwszy dzień, wszystko bardzo na plus. Pomimo niemałego wysiłku, zmęczenie fizyczne zdecydowanie wynagrodziły widoki.

Szlak nie należał do najprostszych, ale też nie był jakoś bardzo wymagający. Na pewno przyda się dobra kondycja fizyczna i brak lęku wysokości czy przestrzeni.

Pogoda dopisała, było bardzo słonecznie. Kolejny dzień był już mniej łaskawy, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie.

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://pl.mapy.cz/zakladni?x=21.0067000&y=52.2296000&z=8

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewyższenie zapisane w aplikacji Garmin Connect
Przewiń na górę