Kolejny wpis z cyklu – odkrywamy niesamowite Beskidy!
Tym razem zabieram Was na wycieczkę po Beskidzie Sądeckim. Dla spragnionych pomysłów na inne trasy w tym paśmie – odsyłam do poprzedniego wpisu: Zimowe wejście na Turbacz
Tym razem za cel naszej wycieczki obraliśmy najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową oraz leżącą nieopodal Przehybę.
Trasa ta była jedną z pierwszych wycieczek w góry, na które zabrał mnie tata i gdzie złapałam górskiego bakcyla.
Wyruszyliśmy z Krakowa o 7 rano. Przed nami było około 2h drogi, a potem czekała nas całodniowa wędrówka.
Szukając dzień wcześniej szlaków prowadzących na Radziejową, wszyscy jednoznacznie wskazywali czerwony szlak prowadzący z Rytra. Najdłuższy, a zarazem najbardziej malowniczy. Jest to też fragment GSB – Głównego Szlaku Beskidzkiego.
Dojechaliśmy do Rytra, pod dworzec PKP, gdzie zostawiliśmy samochód. Parking jest darmowy i niewielki, jednak bez problemu znaleźliśmy wolne miejsce.
Ubraliśmy buty, przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy.
Trasa rozpoczyna się na wysokości 350 m n.p.m. Najpierw biegnie asfaltową drogą, wśród domostw i wyżej wśród soczystych, zielonych łąk.
Co ciekawe szlak od samego początku wita nas ostrym, długim podejściem.
Mimo, że dzień nie jest zbyt upalny, idąc w górę wśród traw, czujemy jak ziemia oddaje ciepło. Nie możemy się doczekać, aż w końcu wejdziemy do lasu, aby znaleźć trochę cienia.
Widoki są bajeczne, a szczególnie te za naszymi plecami, więc polecam od czasu do czasu oglądnąć się za siebie.
Ścieżka zmienia się z asfaltu, w drogę szutrową, a potem wąską dróżkę biegnącą pośród traw, prosto do lasu.
Szlak jest bardzo dobrze oznakowany. Wchodzimy do lasu, gdzie zaznajemy trochę chłodu.
Teraz droga na zmianę biegnie przez las i przez słoneczne polany.
Po około 5 km wspinaczki, docieramy docieramy na Kordowiec, znajdujący się na wysokości 762 m n.p.m. Tak więc 400 m przewyższenia za nami.
Mijamy tutaj starą drewnianą chatę oraz kilka osób wieszających kapliczkę. Idziemy dalej, by po przejściu kolejnego fragmentu przez las zauważyć kolejne chaty, przy których pasą się owce.
Dodatkowo słyszymy tutaj najpiękniejszy koncert świerszczy. Aż chciałoby się zatrzymać tutaj na dłużej…
Kolejnym ciekawym punktem jest pomnik upamiętniający szkołę podstawową, która się kiedyś tutaj mieściła.
W dalszej części trasy naszym oczom ukazuje się borówkowy raj. Są one dosyć kwaśne, ale zupełnie nam to nie przeszkadza.
Wreszcie docieramy na Niemcową 1001 m n.p.m – przekroczyliśmy 1000 m, więc teraz będzie już prościej. Przynajmniej taką mamy nadzieję.
Kamienista droga prowadzi nas nadal naprzód. Co jakiś czas widzimy znaki ostrzegawcze dla narciarzy biegowych. Pierwszy raz spotykam takie na szlaku.
Następnym punktem naszej trasy jest Wielki Rogacz.
Mamy już za sobą 10 km oraz 800 m przewyższenia i jak dotąd na szlaku mijaliśmy pojedyncze osoby.
Nagle widzimy całe grupy ludzi. Wszystko za sprawą dochodzącego tutaj niebieskiego szlaku z Obidzy, który jest najprostszym i najbardziej popularnym szlakiem prowadzącym na Radziejową.
Cieszymy się, że obraliśmy mniej uczęszczany szlak.
Co więcej, w tym miejscu nareszcie otwierają się widoki na Tatry, które majestatycznie wyrastają znad dużo niższych pagórków.
Przed nami, gdzieś wśród drzew, znajduje wieża widokowa na Radziejowej, do której zmierzamy.
Końcowe podejście jest mało przyjemne, dość strome i kamieniste.
Pokonujemy ostatnie 100 m przewyższenia i nareszcie docieramy na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową 1262 m n.p.m.
Sam szczyt znajduje się w lesie, ale całkiem niedawno powstała tutaj wieża widokowa, na którą można wejść za darmo.
Z góry roztaczają się przepiękne widoki na Tatry oraz na wszystkie strony.
Krótki odpoczynek, ruszamy dalej. Powoli robimy się głodni. W końcu kolejnym naszym celem jest schronisko na Przehybie.
W tej części widoki są jeszcze piękniejsze. Chociaż jest tutaj też sporo drzew zniszczonych prawdopodobnie przez jakąś wichurę.
Na horyzoncie majaczy przekaźnik na Przehybie – piwo i jedzenie coraz bliżej!
Po około 5 km przyjemnej wędrówki – na tym odcinku trasa jest raczej płaska – docieramy do schroniska na Przehybie.
Trzeba jeszcze chwile poczekać w kolejce, aby złożyć zamówienie. Za to już za chwilę rozsiadamy się na tarasie z widokiem na Tatry, z pysznym, zimnym, lokalnym piwem.
Dłuższa przerwa, ładujemy akumulatory, aby zaraz wyruszyć w drogę powrotną do Rytra, tym razem niebieskim szlakiem.
Przed nami około 10 km marszu.
Cofamy się kawałek do Rozdroża pod Wielką Przehybą i odbijamy tym razem na niebieski szlak.
Droga powrotna biegnie głównie przez las. Sporo jest stromych kamienistych zejść, a co jakiś czas wychodzimy na otwarte polany, gdzie możemy ostatni raz spojrzeć na otaczające nas pagórki.
Tutaj znowu ludzi jest niewiele, część trasy jest dość mocno zarośnięta i czasem musimy się przedzierać przez krzaki.
Ostatecznie wychodzimy z lasu na asfaltową drogę, którą idziemy jeszcze 5 km przez miasto, aby dotrzeć z powrotem do samochodu.
Ten odcinek jest chyba najbardziej męczący – powrót na asfalt jest dość bolesny dla stóp, po tylu kilometrach.
Cała trasa zajęła nam około 7,5h – samego marszu. Przeszliśmy prawie 29 km i pokonaliśmy ponad 1000 m przewyższenia.
Trasa nie należy do najprostszych, jest dość długa i pokonuje się sporą wysokość. Natomiast potwierdzam, że jest bardzo malownicza i cieszę się, że ją wybraliśmy.
Polecam każdemu, kto szuka pomysłu na całodniową wycieczkę i nie boi się odległości.
Dla tych, którzy wolą krótsze i łatwiejsze wycieczki, sugeruję sprawdzić trasę od Obidzy.
Kolejny wpis z cyklu – odkrywamy niesamowite Beskidy!
Tym razem zabieram Was na wycieczkę po Beskidzie Śląskim. Wszystkich zainteresowanych kolejnymi beskidzkimi inspiracjami odsyłam do wpisu Beskidy: Hala Rysianka
Widząc jak wielu „Beskidomaniaków” dodaje zdjęcia z wycieczek na Malinowską Skałę i Skrzyczne, postanowiliśmy osobiście sprawdzić, co kryje się w tych nieznanych nam wcześniej miejscach.
Pomimo weekendu, wakacji oraz dość późnej pory, nie mieliśmy problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Zostawiliśmy więc samochód, zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Malinowskiej Skały.
Początkowo szlak biegnie drogą asfaltową wśród drzew, a wzdłuż drogi płynie potok Leśnianka.
Ku naszemu zaskoczeniu, odcinek szlaku, który pokonuje się asfaltem stanowi aż jedną czwartą długości całej trasy. Kilka razy sprawdzaliśmy czy aby na pewno nie przegapiliśmy jakiegoś skrętu…
Na szczęście po około 4 km wędrówki nareszcie trasa obija w prawo na kamienistą ścieżkę. Raczej ciężko jest tego nie zauważyć, ponieważ znajdują się tam co najmniej 3 oznaczenia żółtego szlaku.
Od tego momentu zaczyna się podejście na Malinowską Skałę, nie jest ono bardzo strome, jednak można się zmęczyć. Ponieważ dzień wcześniej sporo padało, początkowo naszą ścieżką wśród kamieni spływa woda i jest sporo błota. Jest to jednak niewielki kawałek.
Na szlaku jest dosyć pusto. Mijane osoby można zliczyć na palcach jednej ręki. Co ciekawe, spotykamy najwięcej biegaczy i rowerzystów.
Kiedy wychodzimy ponad poziom lasu, naszym oczom ukazują się majaczące w oddali pagórki. Niestety widoczność jest dość słaba, więc jesteśmy w stanie zobaczyć tylko te najbliższe.
Wspinamy się dalej. Słońce nam przygrzewa, ale towarzyszą nam też delikatne powiewy wiatru. W porównaniu z upałami w mieście, jest przyjemnie.
Dochodzimy do drogowskazu „Pod Malinowską Skałą”, gdzie spotyka się klika szlaków. Chwila konsternacji pod znakiem… W tym momencie mija nas sympatyczny pan biegacz, który krzyczy: „Drużyna za mną!” – no to lecimy 😊 Idziemy dalej zielonym szlakiem.
Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się Malinowska Skała (1152 m n.p.m.) w ciekawy sposób wysunięta ze zbocza. Oczywiście oblegana z każdej strony przez piechurów.
Robimy krótką przerwę na jogurt z bananem i jagodami. Dochodzimy do wniosku, że faktycznie wschody słońca mogą być stąd piękne. Dodatkowo przy dobrej widoczności zapewne jest tu jeszcze ładniej, szczególnie kiedy widać Tatry.
Ruszamy dalej. Drogowskaz pokazuje 1h 20 min. W oddali majaczy kolejny cel naszej podróży – Skrzyczne, gdzie znajduje się również schronisko. W tej chwili jednak widzimy jedynie maszt z anteną.
Trasa jest bardzo przyjemna. Najpierw schodzimy kawałek w dół, aby za chwilę zacząć delikatną wspinaczkę na Skrzyczne. I tutaj ciekawostka: Skrzyczne (1257 m n.p.m) jest najwyższym szczytem w Beskidzie Śląskim i należy do Korony Gór Polski!
Podążamy szutrową ścieżką, wijącą się wśród soczystej zieleni. Gdzieniegdzie widać pojedynczo sterczące drzewa lub same ich pnie.
W pewnym momencie słyszymy gdzieś w oddali dźwięk pasterskich dzwonków. Chwilę dalej, dochodzimy pod stację wyciągu na Małym Skrzycznem i zauważamy całe stado owiec wraz z wypasającym je bacą.
Tutaj także zaczyna się trasa rowerowa (singletrack) – Zbój. Wiele osób wyjeżdża z rowerami wyciągiem i dalej ruszają właśnie między innymi tą trasą.
Kawałek dalej docieramy na szczyt, na którym znajduje się ogromny masz z antenami. Po prawej stronie widzimy dach schroniska oraz wystawione przed nim parasole.
Tutaj ludzi jest bardzo dużo, ciężko znaleźć wolne miejsce. Po pierwsze bliskość wyciągu, a po drugie schronisko, przyciąga wielu turystów.
Zamawiamy bardzo treściwy żurek – cena to 20 zł oraz regionalne piwo z Cieszyna. Zimne, kwaśne z dodatkiem mango jest idealnym orzeźwieniem.
Wokół schroniska rozciągają się przepiękne panoramy. Dla lubiących spokój, polecam rozłożyć się na trawie kawałek poniżej schroniska.
Posileni, nogi trochę odpoczęły, postanawiamy więc ruszać w dół do samochodu.
Schodzimy niebieskim szlakiem, do parkingu Lipowa, Ostre. Pierwszy fragment trasy to strome zejście po kamienistej ścieżce. Po lewej stronie rozpościera się niesamowity widok na Żywiec i Jezioro Żywieckie oraz pływające po nim żaglówki.
Następnie wchodzimy do lasu i już do samego końca schodzimy do parkingu trasą, która na zmianę jest kawałek płaska, a za chwile zamienia się w ostrzejsze zejście w dół.
Jesteśmy zadowoleni, że podchodziliśmy od drugiej strony, ponieważ wyjście tamtędy może jest i dłuższe, ale na pewno też łagodniejsze.
Na końcu wychodzimy z lasu na asfalt, gdzie uderza nas fala gorącego powietrza. Jednak u góry było trochę chłodniej… Do auta docieramy po około 500 metrach.
Całą wycieczkę oceniamy jako bardzo malowniczą i sympatyczną. Poziom trudności jest raczej łatwy. Dla osób, które nie chcą się męczyć wychodzeniem pod górę, fajną opcją jest wyjechanie wyciągiem na Skrzyczne i przejście się w stronę Malinowskiej Skały.
Na pewno jeszcze tu wrócimy, żeby załapać się na lepszą widoczność, a kiedyś może i na wschód słońca.
Beskidy – polskie pasmo górskie, równie piękne, a mam wrażenie, że wciąż niedoceniane. Zazwyczaj mówiąc o wakacjach w górach przychodzą nam na myśl Tatry lub Bieszczady.
Dlatego też dzisiaj postaram się przybliżyć Wam niesamowite miejsce w Beskidzie Żywieckim – Hala Rysianka.
Na wycieczkę wybraliśmy się w ostatni weekend sierpnia. Dzień nie zapowiadał się upalnie, co nas w sumie cieszyło.
Z Krakowa wyjechaliśmy z samego rana, czekało nas około 2h jazdy. Przeczytaliśmy, że samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu w miejscowości Żabnica, skąd wychodzą szlaki zarówno na Halę Rysiankę, jak i na Halę Boraczą.
Niestety parking ten jest dość mały, ale udało nam się zająć ostatnie miejsce. Zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy w trasę
Wybraliśmy zielony szlak, który bezpośrednio prowadzi na Halę Rysiankę.
Początkowy odcinek trasy biegnie asfaltem. Po drodze mijamy kapliczki oraz różne ciekawe zabudowania.
Naszą uwagę przykuwa mała drewniana chata, obwieszona jarzębiną, która wygląda niesamowicie.
Po przejściu ponad kilometra, nareszcie asfalt się kończy i szlak odbija w las. Okazuje się jednak, że czeka nas dość strome podejście, kamienistą drogą.
Po niemałym wysiłku, pojawia się płaski odcinek. Łapiemy więc chwilę oddechu, aby zaraz zacząć się wspinać ponownie.
Na szczęście zaraz wychodzimy ponad poziom lasu i naszym oczom zaczynają ukazywać się widoki. Ścieżka jest wąska i zarośnięta, ale dość przyjemna. Na szklaku nie ma zbyt wielu ludzi, co nas w sumie trochę dziwi, ale też zupełnie nie przeszkadza.
Nadal pniemy się w górę, aż docieramy do Hali Pawlusia. Stąd pozostaje nam około 20 min, aby dotrzeć do celu naszej wycieczki.
Nareszcie po około 1h 20 min trekkingu naszym oczom ukazuje się Hala Rysianka wraz ze znajdującym się tutaj Schroniskiem Górskim „Rysianka”.
W schronisku można wynająć sobie pokój, a także zarezerwować miejsce na polu namiotowym. Organizowane są tam też różne wydarzenia, m.in. śpiewogrania.
W schronisku kupujemy piwo z lokalnego beskidzkiego browaru rzemieślniczego, które jest bardzo smacznym orzeźwieniem po wysiłku.
Rozsiadamy się na hali, aby się posilić i chwilę odpocząć.
Jeśli chodzi o samo miejsce – Hala Rysianka znajduję się na wysokości 1322 m n.p.m. i jest bardzo widokowa. Przy dobrej pogodzie widać stąd Tatry oraz Babią Górę. Z powodu zachmurzenia, niestety nie udaje nam się ich zobaczyć, ale miejsce jest piękne.
Dlatego też polecam zarezerwować sobie czas na dłuższą przerwę na hali.
Ponieważ wiatr zaczyna się wzmagać i pojawia się coraz więcej ciemnych chmur, decydujemy się ruszać z powrotem. Nie chcemy jednak wracać tą samą trasą, chociaż oczywiście najlepiej byłoby zejść do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.
Znajdujemy szlak prowadzący przez Halę Lipowską oraz Halę Boracza, który schodzi dalej do Żabnicy. Ruszamy więc w drogę powrotną.
Do Hali Lipowskiej znajdującej się na wysokości 1324 m n.p.m. docieramy po około 15 minutach. Jest tutaj kolejne schronisko oraz pole namiotowe.
Schroniska są naprawdę bardzo blisko siebie, dlatego też nie zatrzymujemy się. Kierujemy się dalej w dół, bardzo przyjemną drogą biegnącą wśród pięknych, górskich pejzaży.
Poruszamy się teraz żółtym szlakiem, aż do Hali Redykalnej znajdującej się na wysokości 1060 m n.p.m.
Następnie docieramy do Hali Boracza, przy której znajduje się kolejne schronisko. Stąd mamy jeszcze około 40 min drogi czarnym szlakiem, aby dotrzeć do samochodu.
Podsumowując: cała wycieczka zajęła nam około 3,5 h marszu. Poziom trudności oceniłabym na łatwy. Jedynym bardziej wymagającym odcinkiem było początkowe podejście (300 m w górę na odcinku 1,5 km).
Ze względu na ilość schronisk po drodze, myślę że to dobra trasa dla początkujących piechurów oraz dla rodzin z dziećmi.
Kiedyś byłam bardzo sceptycznie nastawiona do zimowych wycieczek w góry. Wydawało mi się to trudne, nieosiągalne i bardzo niebezpieczne.
Zimowe wejście na Turbacz, było jednym z pierwszych takich doświadczeń. Była to dość charakterystyczna data – Sylwester kilka lat temu. W tym roku postanowiliśmy to powtórzyć.
Siedząc przy stole i kończąc świąteczne smakołyki, zobaczyliśmy, że szykuje się niesamowita pogoda w weekend. Bez większego namysłu, padła decyzja, że zbieramy ekipę i wychodzimy na Turbacz!
Turbacz jest najwyższym szczytem w pasmie Gorców i rozpościera się z niego przepiękny widok na Tatry i nie tylko.
Dla ciekawskich oraz wtajemniczonych, przebiega przez niego także Główny Szlak Beskidzki (GSB). Również ciekawe jest to, że przy schronisku na Turbaczu krzyżuje się co najmniej kilka szlaków, więc można tutaj dotrzeć z różnych stron.
My natomiast wybraliśmy naszą ulubioną i równocześnie najbardziej widokową trasę – zielonym szlakiem wychodzącym z Nowego Targu – Oleksówek.
Pierwszy odcinek szlaku prowadzi drogą asfaltową, z której dość szybko odbijamy w las. Na dole śniegu nie ma jakoś bardzo dużo, natomiast na początku witają nas oblodzone kamienie, przykryte cienką warstwą puchu.
Podczas zimowych wędrówek bardzo dobrze jest wyposażyć się w raczki, stuptuty oraz kijki. Nie są one bardzo drogie, natomiast niesamowicie przydatne.
Po pierwszym bardziej stromym fragmencie biegnącym przez las, wychodzimy na polanę, gdzie naszym oczom ukazują się tatrzańskie szczyty.
Robimy krótki odpoczynek, by chłonąć witaminę D oraz widoki i ruszamy dalej. Towarzyszy nam niesamowita pogoda. Błękit nieba, piękne słońce, ośnieżone drzewa… Im wyżej wychodzimy, tego śniegu jest coraz więcej.
Na szczęście na szlaku nie ma zbyt dużych tłumów – zapewne jest to spowodowane ilością szlaków prowadzących na szczyt.
Większość trasy jest zaśnieżona, a miejscami pojawiają się spore płaty lodu, które stają się później utrudnieniem, głównie przy schodzeniu.
Po drodze mijamy także kilka chatek, które wpisują się w ten górski krajobraz.
Niesamowite jest to, że w górach śnieg jest bardzo czysty. Dzięki temu przepięknie skrzy się w promieniach słonecznych i odcina się na tle błękitnego nieba.
Dalej dochodzimy do kolejnego, bardziej stromego podejścia, które prowadzi już praktycznie pod samo schronisko.
Bardziej stromego w stosunku do całej trasy, która jest raczej łagodna.
Następnie docieramy pod schronisko, które znajduje się około 10 min przed szczytem. Widząc, że tutaj ludzi jest już zdecydowanie więcej, decydujemy się najpierw wyjść na szczyt, a później w drodze powrotnej zatrzymać na krótki odpoczynek.
Droga od schroniska na szczyt jest niesamowita. Wąska, biała ścieżka, wśród ośnieżonych drzew. Krajobraz jest naprawdę bajkowy.
Sama natura maluje najpiękniejsze obrazy.
Po ponad dwóch godzinach niespiesznej wędrówki zdobywamy szczyt – 1310 m n.p.m. Robimy kilka zdjęć i schodzimy z powrotem pod schronisko, ponieważ głód daje nam się we znaki.
Pod schroniskiem znajdujemy wolny stół i wyciągamy nasze zapasy oraz gorącą herbatę. Obowiązkowa podczas zimowych spacerów – najszybciej rozgrzewa organizm od środka.
Nie rozsiadamy się jednak zbyt długo, ponieważ kiedy przestaliśmy się ruszać, coraz bardziej odczuwamy te -8 stopni u góry.
Ostatecznie decydujemy się na zejście tą samą drogą. Po pierwsze, żeby dotrzeć do samochodu pozostawionego na parkingu, po drugie już wiemy czego możemy się spodziewać na szlaku.
Poza śliskimi kamieniami pod koniec trasy – dość sprawnie i bez wysiłku schodzimy na dół.
Przejście całej trasy zajęło nam lekko ponad 4h. Jest to bardzo przyjemna wycieczka – polecam ją na każdą porę roku.
Myślę, że jest również fajną opcją na rozpoczęcie swojej przygody z zimowymi wędrówkami po górach. Trasa nie jest trudna technicznie i zagrożenie lawinowe jest praktycznie zerowe. Można spotkać po drodze wielu ludzi również z dziećmi.
Ciekawą alternatywą jest zabranie ze sobą „jabłuszka”, na którym można zjeżdżać i trochę przyspieszyć sobie czas zejścia. Oczywiście nie da się tego zrobić na całej trasie, ale na pewno na niektórych odcinkach.