Auto można też zostawić na wcześniejszych parkingach, ponieważ tutaj podjeżdżamy szutrową drogą, ale dzięki temu urwaliśmy około 4 km w jedną stronę. Koszt parkingu: 6 euro.
Droga początkowo jest szeroka z lekkim wzniosem i cały czas wędrujemy wzdłuż strumyka. W ramach ciekawostki – dolina Kleinarl, w której się znajdujemy, od setek lat była wykorzystywana przez pasterzy. Wiele dzisiejszych szlaków to dawne drogi, którymi pędzono bydło na wysokogórskie hale.
Podejście pod wodospad
Po dosyć spokojnym początku trasa zmienia się w stromy zygzak. Wspinamy się pod wodospad, który spływając z ogromnej wysokości po skałkach, wygląda dość spektakularnie. Szum wody skutecznie odciąga uwagę od palących ud. To właśnie tu zaczynamy czuć, że nie będzie to leciutka trasa.
Jezioro Tappenkarsee – alpejski klejnot
Po podejściu docieramy w końcu nad Tappenkarsee – jedno z największych naturalnych jezior wysokogórskich w Austrii. Położone jest na wysokości ok. 1768 m n.p.m., wciśnięte w dolinę i otoczone stromymi zboczami, wygląda absolutnie spektakularnie.
Kolor wody jest wręcz nierealny – intensywnie turkusowy, typowo alpejski.
Tappenkarsee jest jeziorem polodowcowym, a jego intensywny kolor wynika z tzw. mączki lodowcowej, czyli drobnych cząstek skalnych unoszących się w wodzie i odbijających światło.
Tuż nad jeziorem znajduje się pierwsze schronisko – Tappenkarseealm, które działa latem i od lat jest ważnym punktem na mapie alpejskich wędrówek.
Dzika ścieżka ponad jeziorem
Za schroniskiem zaczyna się zupełnie inna droga. Ścieżka robi się węższa, bardziej dzika i momentami stroma. Idziemy coraz wyżej mając jezioro cały czas za sobą. Widoki są obłędne, ale miejscami potrafi zakręcić się w głowie.
Po chwili krajobraz się zmienia i pojawiają się zielone, falujące polany i obłe szczyty.
Ten fragment Alp często porównywany jest do „alpejskich Bieszczad” – miękkie linie gór i rozległe hale kontrastują z ostrymi, skalistymi Alpami Wysokimi.
Na trasie spotykamy bardzo niewiele osób – cisza, przestrzeń i absolutne poczucie bycia „gdzieś daleko od wszystkiego”.
Draugsteintorl (2077 m n.p.m.)
Po solidnym podejściu docieramy na wierzchołek Draugsteintorl (2077 m n.p.m.). Jest to bardziej przełęcz niż klasyczny szczyt, ale panorama rekompensuje wszystko.
Z góry jezioro Tappenkarsee wygląda jeszcze bardziej imponująco, a do tego otwiera się widok na dalsze pasma Radstädter Tauern.
Jako ciekawostka: nazwa „Tor(l)” w języku niemieckim oznacza przełęcz lub „bramę” – i faktycznie, Draugsteintorl jest naturalnym przejściem pomiędzy dolinami
Granią do Karteistorl (2146 m n.p.m.)
Po krótkiej przerwie na przekąski i podziwianie widoków, z Draugsteintorl ruszamy granią w stronę Karteistorl. To jeden z najpiękniejszych fragmentów całej trasy.
Widoki są typowo alpejskie – tafla jeziora daleko pod nami, zielone hale, a w oddali skaliste, miejscami ośniezone szczyty.
Radstädter Tauern są mniej znane niż np. Alpy Zillertalskie, ale dzięki temu zachowały dziki charakter i brak tłumów – nawet w środku sezonu (my byliśmy tam w czerwcu).
Na Karteistorl (2146 m) znajdujemy się na rozwidleniu szlaków. Stąd decydujemy się na zejście w stronę jeziora, zamykając pętlę.
Gruzja w Aplach i…wyscig z krowami
Podczas zejścia znowu mamy widok na ogromne zielone przestrzenie, pasące się krowy i galopujące konie. Sprawia to, że przez moment czujemy się bardziej jak w Gruzji niż w Austrii.
Po drodze docieramy do kolejnego schroniska, gdzie jemy obiad, ale niestety jedzenie okazuje się dość przeciętne.
Ruszamy dalej i… robi się coraz bardziej ciekawie. Idziemy dosłownie wśród koni, a w pewnym momencie stado moich ulubionych krów zaczyna coraz szybciej przemieszczać się w stronę ścieżki. Podchodzi też do pary siedzącej na kocyku koło jeziora i bardzo szybko ją przegania.
Zdecydowanie przyspieszamy – nikt z nas nie ma ochoty utknąć razem z tym stadkiem przy drewnianej furtce odgradzającej im ścieżkę.
Był to mały wyścig, ale zdążyliśmy…
Podsumowanie wycieczki
To była jedna z tych tras, które zostają w głowie na długo. Piękne jezioro, widoki z grani, dzikie ścieżki, brak tłumów i solidne przewyższenie.
Nie jest to najłatwiejsza wycieczka – podejścia i fragmenty graniowe wymagają kondycji, ale zdecydowanie jedna z najbardziej widokowych tras w tej części Austrii.
Jeżeli lubicie alpejskie jeziora, przestrzeń i poczucie przygody – Draugsteintorl i Karteistorl przez Tappenkarseeto absolutny must-see.
Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Seceda (2519 m) wraz z widokiem na masyw Odle jest zdecydowanie ikoną Dolomitów. Wielu z Was zapewne widziało ten widok nie raz przeglądając polecane w Dolomitach miejsca.
Jest to obrazek, który wywiera niesamowite wrażenie i pozostaje z nami na długo.
My musiałyśmy dojechać tam najpierw busem i zajęło nam to około godziny od Corvary, w której miałyśmy nocleg.
W Ortisei kupiłyśmy bilet na Secedę (tam i z powrotem) – koszt w lipcu 2023 wynosił około 40 euro.
Żeby dostać się na górę, musiałyśmy przemieścić się dwoma kolejkami. Pierwszy odcinek pokonujemy małą gondolą, następnie przesiadamy się do większego wagonika, wraz z około 30 innymi osobami, który pnie się ostro w górę.
Po dojechaniu na górę, udałyśmy się prosto na punkt panoramiczny z jakże kultowym widokiem.
Od razu widać, że jest to dość popularna atrakcja. Można tutaj spotkać sporo turystów z różnych stron świata – w przeciwieństwie do tras z poprzednich dni opisanych we wcześniejszym wpisie: Dolomity: Trasa na Piz Boè (3152 m) – etap 1
Oczywiście, żeby zrobić perfekcyjne zdjęcie, trzeba chwilę odczekać w kolejce. Nie jest to jednak bardzo problematyczne, ponieważ rozciągające się widoki są spektakularne. Zobaczenie na żywo tej kultowej grani jest przeżyciem nie do opisania. Podpisuje się obiema rękami, że warto tutaj dotrzeć.
Oczywiście nie jest to koniec atrakcji! Można tutaj sobie zrobić całkiem przyjemną wycieczkę trekkingową. Ruszamy zatem dalej wprost do rozpościerających się przed nami niesamowicie zielonych łąk.
Spacerujemy wśród tej niesamowitej zieleni i majestatycznych skał, które nas otaczają. Co jakiś czas słychać charakterystyczne dzwonki, wprost z reklamy Milki. Spotykamy też po drodze restauracje, wraz z zagrodami dla zwierząt.
Teren jest bardzo przyjemny, z niewielkimi podejściami i zejściami. Poziom trudności zdecydowanie łatwy, zresztą wielu ludzi spaceruje tutaj z małymi dziećmi.
Jedynym wyzwaniem, które mamy, to godzina odjazdu ostatniego busa do Corvary. Niestety nie możemy sobie pozwolić na zrobienie całego kółka. Znajdujemy na mapie jeszcze ciekawą formację skalną – Pieralongię – pod którą się kierujemy.
Dalej, żeby trochę skrócić sobie drogę, znajdujemy ścieżkę wydeptaną wśród pasących się koni. Chwilę wahamy się, czy to na pewno dobry pomysł wkraczać na ich terytorium. Jednak widząc ludzi, którzy także wybrali tę drogę – ruszamy przed siebie.
Tym oto sposobem docieramy jeszcze do punktu Panoramabalkon UNESCO Mastle Santa Cristin z kolejnym pięknym widokiem.
Następnie pniemy się z powrotem w górę, pod kolejkę, aby załapać się na kurs i zdążyć na busa.
Po trochę szybszym marszu i lekko podniesioną adrenaliną wsiadamy do wagonika i zjeżdżamy z powrotem do miejscowości Ortisei – Val Gardena.
W oczekiwaniu na busa, załapałyśmy się jeszcze na przepyszne gelatto. W moim przypadku, niezmiennie pistacja jest obowiązkowa!
Po szalonym kursie praktycznie pustym busem i przemierzeniu ponownie niezliczonej ilości serpentyn, docieramy do Corvary.
Oczywiście w restauracjach trafiamy na okienko, gdzie można zamówić jedynie aperitivo. Pocieszające jest to, że zawsze dodają jakieś przekąski. Także bierzemy głód na przetrzymanie.
Wycieczkę możemy zaliczyć zdecydowanie do tych udanych i niezapomnianych. Pogoda dopisała, błękit nieba i ta niesamowita zieleń…
Seceda jest zdecydowanie miejscem, które warto zobaczyć na własne oczy. Wywiera niesamowite wrażenie i mogę powiedzieć, że jest to jeden z piękniejszych widoków, jakie widziałam.
Okolice Secedy oferują mnóstwo ścieżek, którymi można sobie zrobić naprawdę łatwą i przyjemną, pieszą wycieczkę.
Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Drugi dzień rozpoczął się dosyć wcześnie, ze względu na prognozę pogody. Noc nie należała do najprzyjemniejszych przez chrapiących współtowarzyszy. Jednak ekscytacja przed kolejnym etapem wędrówki była nadal na wysokim poziomie.
W końcu miałyśmy dotrzeć do punktu kulminacyjnego naszej trasy – szczyt Piz Boè (3152 m).
Podczas śniadania musiałyśmy podjąć decyzję, którą trasą ruszamy. Miałyśmy bowiem dwie opcje: ścieżka po lewej (krótsza i ciut bardziej stroma) lub po prawej stronie jeziora (dłuższa, natomiast bez znaku drabinki na mapie). Ostatecznie, w pewnym momencie trasy te i tak się spotykały.
Po krótkiej dyskusji wybrałyśmy dłuższą trasę – na prawo od jeziora. Jak się później okaże, nie był to jednak najlepszy wybór…
Ponieważ pogoda zapowiadała się od południa burzowo, musiałyśmy wykorzystać okna pogodowe, aby zdobyć szczyt i zejść do schroniska Franz Kostner, w którym miałyśmy zarezerwowany nocleg.
Dopakowałyśmy więc plecaki i ruszyłyśmy. Już po kilku minutach zauważyłyśmy, że wszyscy ludzie opuszczający schronisko kierują się na lewo od jeziora, także sporą część trasy szłyśmy zupełnie same.
Zanim wyszłyśmy na Sela de Pisciadu (2908 m), minęły nas jedynie dwie kobiety schodzące z góry.
Podejście było dosyć żmudne. Cały czas wędrowałyśmy po ścieżce biegnącej przez piarg. Momentami można było łatwo zboczyć ze szlaku, także trzeba było być bardzo uważnym i wypatrywać znaków namalowanych na skałach.
Natomiast klimat otaczających nas niesamowitych formacji skalnych, był jak nie z tego świata. Coś wspaniałego, a to dopiero przedsmak dalszych widoków.
W pewnym momencie ścieżka urwała się pod pionową ścianą, na której po chwili zauważyłyśmy rozpiętą metalową linkę. To właśnie wtedy pożałowałam forsowania, żeby wybrać trasę po tej stronie jeziora. No ale cóż, trzeba iść dalej.
Zaczęłyśmy wchodzić na tę ściankę – do tej pory nie jestem wstanie ocenić jak wysoka mogła być. Koleżanka wchodziła jako pierwsza, ja zaraz za nią. W pewnym momencie zauważyłam, że nie idzie wyżej, ja także przestałam się czuć komfortowo, kiedy spojrzałam za siebie.
Usłyszałam jedynie pytanie co robimy, bo wyżej nie wygląda to dobrze i z tymi dużymi plecakami musiałybyśmy tutaj zacząć się wspinać. Jednogłośnie zdecydowałyśmy, że robimy odwrót – trudno, nie zdobędziemy trzytysięcznika, ale nie ma co robić nic na siłę.
Schodziłyśmy już z powrotem, gdy w pewnym momencie koleżanka zauważyła, że na prawo od ściany, którą chciałyśmy pokonać biegnie jakaś ścieżka. Pojawił się promyczek nadziei, że może jednak to jeszcze nie koniec naszej wędrówki. Tak! To było przejście na drugą stronę, strome podejście pozwalające ominąć pokonywanie skalnej ściany.
W momencie kiedy wdrapałyśmy się na górę zaczęło strasznie wiać i lać. Na szczęście w deszczu szłyśmy tylko przez jakiś kilometr już po płaskim terenie. Po chwili wyszło piękne słońce i zaczęły odsłaniać się niesamowite widoki.
Do kolejnego schroniska pod szczytem Piz Boè- Boèhütte, miałyśmy około kilometr do pokonania. Wierzchołek Piz Boè prezentował się wręcz niewiarygodnie. Wyglądał niczym wielki, symetryczny wulkan.
W schronisku zrobiłyśmy sobie krótką przerwę, żeby się rozgrzać i wypić gorącą czekoladę. Nie mogłyśmy natomiast rozsiąść się tam na dłużej, ponieważ musiałyśmy wykorzystać kolejne okno pogodowe, żeby dotrzeć na szczyt przed kolejną falą deszczu. Pogoda w górach potrafi być bardzo zmienna. Wyruszyłyśmy więc na nasz ‘atak szczytowy’.
Podejście było dość strome i czuć było różnicę we wdychanym powietrzu – na wysokości bliskiej 3 tysięcy metrów oddech był płytszy. Także bardzo szybko musiałam zweryfikować tempo, z którym wyruszyłam.
Oczywiście około 10 min przed schroniskiem na szczycie Piz Boè ponownie złapał nas deszcz. U samej góry było bardzo zimno i wiał dość mocny i nieprzyjemny wiatr. Od razu schroniłyśmy się w małej zatłoczonej chacie (Rifugio Capanna Piz Fassa). Okazało się, że sporo ludzi wjeżdża pod Piz Boè kolejką i pokonuje jedynie ostatnie podejście na szczyt. Wypiłyśmy na miejscu gorącą herbatę (chyba nawet nie jedną) i zjadłyśmy ciepłą zupę w oczekiwaniu na poprawę pogody. Termometr wskazywał, że na zewnątrz jest 2 stopnie. Przypomnę tylko, że byłyśmy tam pod koniec lipca.
W końcu gdy przestało padać, mogłyśmy wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się dookoła. Ponieważ jednak wiatr był dalej bardzo zimny i nieprzyjemny, zaczęłyśmy schodzić w dół. Widoki pomimo pogody były jak nie z tej ziemi – piękne formy skalne, lodowiec Marmolada w tle oraz niesamowity spektakl chmur.
Po około 1,5 km schodzenia, dotarłyśmy do miejsca, które było kolejnym wyzwaniem. Dość strome zejście, które z góry wyglądało bardzo nieprzyjemnie. Na szczęście na skale, jako poręcz była rozpięta metalowa linka, ale nie zabrakło trochę wyciągania i rozciągania się na niektórych fragmentach. Wyglądało to jak zejście kominem, po obsuwających się skałach. W takich warunkach pokonałyśmy około 100 m w dół na 300-stu metrowym odcinku.
Dalej czekało nas już przyjemniejsze zejście w dół, do schroniska Franz Kostner (2536 m) – gdzie ponownie około 10 min przed dotarciem złapała nas kolejna ulewa.
Ten dzień był dość wymagający psychicznie, jak i pogodowo. Deszcz zmoczył nas trzykrotnie, zawsze chwile przed schroniskiem. Na szczęście udało nam się dotrzeć do miejsca naszego noclegu zanim zaczęła się burza.
Rifugio Franz Kostner zrobiło na mnie spore wrażenie. Samo wnętrze było bardzo klimatyczne, a jedzenie przepyszne. Tym razem spałyśmy w 6cio-osobowym pokoju, a prysznic nie był na żetony. Jako pierwsze zamówiłyśmy ‘bombardino’, żeby rozgrzać się od środka i odreagować cały stres. Jest to włoski napój alkoholowy, który podawany jest na gorąco, a w jego skład wchodzą ajerkoniak, whisky oraz bita śmietana. Była to jedyna rzecz, po której w końcu zrobiło nam się ciepło.
Kiedy na chwilę wyszło słońce, wyszłyśmy na zewnątrz podziwiać widoki. Schronisko jest położone w niesamowitym miejscu, a krajobraz dookoła robi naprawdę wrażenie.
Cały dzień zwieńczyła bardzo obfita i smaczna obiadokolacja. Fajne było też to, że stoliki były z góry przypisane i można było zintegrować się z innymi wędrowcami. Jeżeli chodzi natomiast o burzę w nocy w górach, na wysokości 2,5 tysiąca metrów, to nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie. Echo grzmotów odbijających się od skał i dyskoteka błyskawic zdecydowanie nie pomagała nam zasnąć.
Był to dzień, który zapamiętam na długo. Za drugim razem na pewno wybrałabym ścieżkę lewą stroną jeziora. Cała trasa była dość wymagająca, ale chyba głównie ze względu na pogodę. Gdybyśmy nie musiały trafiać w okna pogodowe i nie zlałoby nas tyle razy – to odbiór na pewno byłby jeszcze lepszy. Natomiast zdecydowanie warto! Sama satysfakcja zdobycia 3-tysięcznika, na własnych nogach jest nie do opisania. Także klimat Dolomitów, który zachwyca i mała ilość ludzi, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Jeżeli chodzi o drugi etap wycieczki – był zdecydowanie bardziej wymagający niż jej pierwsza część opisana w poprzednim wpisie Dolomity: Trasa na Piz Boè (3152 m).
Początkowo pomysł na tę wycieczkę wydawał się dość szalony. Dojazd na miejsce był niemałą łamigłówką logistyczną, gdzie wystarczyło, żeby jeden kafelek się wysypał i mogłabym mieć problem.
Brzmi jak wyprawa na jakiś odległy kontynent, prawda? A to jedynie wyjazd w Dolomity.
Okazało się, że bez samolotu, bez auta i całkiem niedużym kosztem da się dotrzeć na miejsce! Destynacją była mała, włoska miejscowość – Corvara, położona w Tyrolu południowym, w samym sercu Dolomitów.
Zapytacie w jaki sposób się tam dostałam? Otóż odpowiedź brzmi: pociągami! O dziwo, zarówno w Austrii jak i we Włoszech działają dużo bardziej punktualnie niż w Polsce. Owszem, jechałam w sumie pięcioma pociągami i busem, ale ku mojemu zaskoczeniu wszystko poszło całkiem gładko.
Pomijając jednak logistykę i przechodząc do clue programu – oczywiście głównym celem wyjazdu był trekking w Dolomitach. No i przy okazji włosko-alpejskie pyszne jedzenie.
Pierwsze wyjście zakładało 3 dniową wędrówkę po górach z noclegami w schroniskach oraz zdobycie 3-tysięcznika. Nie powiem, było to dla mnie bardzo ekscytujące, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że był to mój pierwszy trekking z większym plecakiem i noclegiem w górach.
Początkowy etap obejmował trasę Corvara – schronisko Pisciadùhütte o długości około 9 km oraz przewyższeniem 1000m. Była to pierwsza moja styczność z Dolomitami, także krajobraz oraz charakter tych gór mnie oczarował.
Wędrówkę rozpoczęłyśmy w Corvarze. Pierwsze kilometry przebiegały dosyć łagodnie a ścieżka była równocześnie wytyczonym szlakiem rowerowym. Otaczały nas pionowe, skalne ściany, wyrastające z zielonych pagórków. Wyglądały bardzo majestatycznie i budziły respekt.
Bardziej strome podejście zaczynało się dopiero na wysokości kolejnej wioski – Colfosco. Tam rozpoczęłyśmy swoją mozolną wspinaczkę.
Za plecami pozostawiałyśmy asfaltowe serpentyny, które zapewne są rajem dla motocyklistów oraz rowerzystów.
Przed nami niemałe podejście, poprowadzone niesamowitym zygzakiem wijącym się poprzez skalny piarg.
Dość szybko zmienił się też klimat krajobrazu. Zero zieleni, same skały, co dawało odczucie jakbyśmy znalazły się na jakiejś innej planecie.
Od dołu trasa sprawiała wrażenie stromej, ale im wyżej, tym wyglądało to mniej groźnie. Chociaż i tak cieszyłam się, że tamtędy wchodzimy, a nie schodzimy.
Cały szlak był bardzo dobrze oznakowany i w przeciwieństwie do naszych tatrzańskich tras, praktycznie w ogóle nie był zatłoczony. Można było więc wędrować w ciszy i spokoju, obcując jedynie z pięknem natury. Co ciekawe, nie spotkałyśmy po drodze zbyt wielu Polaków. Natomiast sporo osób wędrowało również między schroniskami.
Planując swoje trasy w Dolomitach, polecam bardzo uważnie przyglądać się mapom. Jest tutaj bowiem wiele tras, poprowadzonych ferratami, na których musicie mieć uprząż i kask.
W aplikacji mapy.cz, z której korzystałyśmy – takie fragmenty były oznaczone symbolem drabinki zazwyczaj z jakąś literką (od A – łatwa ferrata, do E – hardcorowa).
Zdarzało się także, że pojawiał się symbol drabinki bez żadnej literki – tak też było podczas naszego pierwszego etapu. Są to ferraty bardzo proste i niewymagające posiadania sprzętu (jeśli chodzi o dorosłych).
Wyglądało to w ten sposób, że na trudniejszych fragmentach rozpięta była metalowa linka, której można się było chwycić podchodząc. Dodatkowo, na niektórych fragmentach spotkałyśmy też metalowe stopnie, wbite w skałę. Takie „wyzwanie” czekało na nas na odcinku około 600m, praktycznie już pod samym schroniskiem.
Kiedy pokonałyśmy ten odcinek, zobaczyłyśmy przepiękne formacje skalne porozsiewane wśród mniejszych i większych skał. Zrobiłyśmy krótką przerwę na polatanie dronem, a później ruszyłyśmy prosto do schroniska, żeby się trochę posilić i odstawić nasze plecaki.
Swoją drogą, schronisko Pisciadùhütte jest przepięknie położone – widoki są zachwycające. Szarość skał, turkus jeziora oraz lustrzane odbicie górujących nad nim szczytów.
Jeżeli chodzi o nocleg – trafiłyśmy do wielkiej sali, w której było chyba ze 20 łóżek piętrowych. Na szczęście byłyśmy jednymi z pierwszych, więc mogłyśmy jeszcze wybierać miejscówkę do spania.
Minusem był jeden prysznic na żetony otwarty jedynie przez 3h. Trzeba było wystać się w kolejce, żeby załapać się na szybkie mycie.
Natomiast bardzo na plus opcja noclegu z obiadokolacją i śniadaniem (tzw. halfboard). Dzięki temu nie trzeba dźwigać ze sobą za dużo prowiantu, ponieważ karmią tam bardzo obficie i smacznie. Cena to około 70 euro.
Zaleta spania w górach – kolory przed zachodem słońca oraz cisza i spokój. Obracasz się jedynie w gronie osób również nocujących w schronisku, a szlaki pustoszeją.
Jako kolejna wskazówka – polecam też zabrać ze sobą cieplejsze rzeczy. Owszem, my byłyśmy w lipcu i w naszej wiosce było ponad 25 stopni, natomiast w górach jest już dużo chłodniej.
Podsumowując pierwszy dzień, wszystko bardzo na plus. Pomimo niemałego wysiłku, zmęczenie fizyczne zdecydowanie wynagrodziły widoki.
Szlak nie należał do najprostszych, ale też nie był jakoś bardzo wymagający. Na pewno przyda się dobra kondycja fizyczna i brak lęku wysokości czy przestrzeni.
Pogoda dopisała, było bardzo słonecznie. Kolejny dzień był już mniej łaskawy, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie.
Pilsko – drugi co do wysokości szczyt Beskidu Żywieckiego królujący na 1557 m n.p.m. Nazwa ta odnosi się do całego masywu, natomiast jego główna kulminacja znajduje się po słowackiej stronie.
W naszych polskich granicach za wierzchołek Pilska uznaje się Górę Pięciu Kopców 1534 m n.p.m.
Jak to zwykle bywa, mamy wiele opcji do wyboru, aby dotrzeć na szczyt. Decydujemy się wyruszyć z Przełęczy Glinne (809m n.p.m.).
Przy początku czerwonego szlaku znajduje się tutaj niewielki, bezpłatny parking, sąsiadujący bezpośrednio z przejściem granicznym.
Nie jest to chyba zbyt popularny szlak, ponieważ mimo późnej pory bez problemu udaje nam się zaparkować. Chociaż na Google można znaleźć wręcz odwrotne opinie, że trzeba być dużo wcześniej, bo ciężko zaparkować.
Już przy pierwszych krokach wita nas rozległe błoto, więc nazwa przełęczy raczej nie jest tutaj przypadkowa.
Pierwszy kilometr trasy jest tak naprawdę kluczeniem między drzewami obok szlaku i poszukiwaniem fragmentów podłoża, które pozwolą przejść dalej suchą stopą.
Także zdecydowanie nie polecam wybierać tej trasy po deszczowych dniach, czy podczas wiosennych roztopów. Chyba, że lubicie błotko.
Na szczęście im dalej w las i wyżej, tym lepiej. Po dość płaskim i łagodnym początku, zaczynają się podejścia, natomiast nie są one jakoś bardzo wymagające, czy strome. Zresztą, jesteśmy przecież w Beskidach.
Po około 2 km docieramy do rozwidlenia szlaków czerwonego i niebieskiego. Decydujemy się kontynuować wędrówkę czerwonym szlakiem, prowadzącym najpierw do schroniska na Hali Miziowej.
Krótko po minięciu wspomnianego rozdroża spotykamy coraz większe płaty śniegu. Jest to dość zaskakujący widok, ponieważ mamy maj i prawie 20 stopni…
Po około 50 min nareszcie otwierają się przed nami piękne panoramy – docieramy na Halę Miziową (1310 m n.p.m.).
Z ciekawostek – niegdyś w tym miejscu prowadzono intensywną gospodarkę pasterską, stąd określenie „hala”. Natomiast nazwa wywodzi się od nazwiska jednego z właścicieli polany z 1930 r., którym był Mizia.
Na Hali Miziowej znajduje się także schronisko, które jest najwyżej położonym schroniskiem w polskich Beskidach.
Robimy sobie przerwę na obiad z widokiem na Babią Górę. Ku naszemu zaskoczeniu ludzi jest bardzo mało, ale w sumie też na szlaku nie spotkaliśmy praktycznie nikogo.
Zamawiamy w schronisku placki ziemniaczane, które bardzo polecam. Tarte na miejscu, smakują jak u mamy!
Obserwujemy pojedyncze osoby, docierające tutaj z różnych stron.
Sami decydujemy się na „atak szczytowy” czarnym szlakiem biegnącym wzdłuż wyciągów.
Początkowo podchodzimy brodząc w śniegu, który stawia dodatkowy opór. Natomiast wynagradzają nam to widoki, które rozciągają się za naszymi plecami, dlatego warto co jakiś czas spojrzeć za siebie.
Po około 30 min wędrówki docieramy do znaku „Pilsko 1534 m n.p.m.”. Byłam zupełnie nieświadoma, że to nie jest jeszcze właściwy szczyt. Rozsiadłam się więc wygodnie, żeby podziwiać niesamowitą panoramę na Tatry, Jezioro Orawskie i królującą samotnie Babią Górę.
Tutaj także nie było nikogo, więc była to miła odmiana po górach obleganych zazwyczaj przez tłum ludzi.
Po chwili zostałam oświecona pytaniem, czy idziemy dalej na właściwy szczyt, który znajdował się 10 min dalej.
Faktycznie już po stronie słowackiej znajdziemy tabliczkę z właściwą wysokością wierzchołka Pilska, a także ołtarz z krzyżem. Panorama stąd roztacza się na każdą stronę.
Dla odmiany schodzimy niebieskim szlakiem, aby dotrzeć do rozwidlenia szlaków, na którym wcześniej wybraliśmy kolor czerwony i dotarliśmy najpierw do schroniska.
Początkowo śniegu jest jeszcze więcej i towarzyszy nam nieustannie szum strumyka. Okazuje się, że pod tą skorupą śniegową płynie sobie dość wartko woda, zakładam że głównie pochodząca z topniejącego śniegu. Trzeba uważać, bo niekiedy można zapaść się nawet po kolana, trafiając stopą wprost do wody.
Cała wycieczka była dość łatwa i przyjemna. Jedyny minus to bardzo błotnisty początek trasy.
Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to około 2h drogi.
Polecam też sprawdzić opcję żółtego szlaku z Korbielowa, bądź zielonym z Sopotni Wielkiej. Czerwony szlak z Przełęczy Glinne jest ponoć najszybszą opcją.
Gorc – atrakcyjny pod względem turystycznym szczyt wznoszący się na wysokość 1228 m n.p.m. znajdujący się w Paśmie Gorców. W 2015 r. wybudowano na jego wierzchołku drewnianą wieżę widokową, która zwiększyła popularność tej destynacji dla wędrówek pieszych.
Nazwa szczytu prawdopodobnie pochodzi od wypalania polan sposobem żarowym, przez co były „wygorzałe”.
Na szczyt możemy dotrzeć na wiele sposobów. My wybieramy niebieski szlak rozpoczynający się w miejscowości Lubomierz-Rzeki.
Samochód zostawiliśmy na płatnym parkingu, znajdującym się zaraz obok wejścia na szlak.
Pinezkę znajdziecie tutaj (parking nie jest zaznaczony na mapie, natomiast znajduje się przy kaplicy, do której przypięłam pinezkę): https://goo.gl/maps/56NpwuBeqCPxe2RN7
Z parkingu przechodzimy przez mostek i wchodzimy na szlak, który początkowym fragmentem biegnie wzdłuż szerszej drogi leśnej. Temperatura nas nie rozpieszcza, jest około -10 stopni…
Liczymy jednak, że idąc w górę szybko się rozgrzejemy.
Po niecałym kilometrze szlak odbija w lewo do lasu. Tutaj trzeba uważać na oznakowanie, nie było on zbyt dobrze widoczne. My go nie zauważyliśmy, rozpędziliśmy się i szliśmy cały czas za drogą, także po chwili musieliśmy się cofnąć do rozgałęzienia ścieżek.
Ten fragment jest mocno oblodzony, dajemy radę iść bez raczków, ale z powrotem byłoby ciężko. Śniegu nie ma jakoś bardzo dużo, a poprzednie dni były cieplejsze, stąd też ta odkryta, zamarznięta skorupa.
Po kolejnym kilometrze, który pokonujemy lasem, z powrotem wychodzimy na tę samą leśną drogę, aby zaraz odbić tym razem w prawo. Na zakręcie znajduje się drewniany stół z ławami, przy którym można sobie zrobić przerwę na śniadanie.
Tutaj rozpoczyna się bardziej strome podejście, nie jest ono jednak jakoś bardzo wymagające.
Ludzi na szlaku nie ma za wiele. Co ciekawe praktycznie każdy jest wyposażony w kijki i w raczki, co jest dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem.
Po około 4 km od początku wędrówki, docieramy wreszcie na Polanę Świnkówka, z której roztacza się piękny widok na Tatry.
Z powrotem wchodzimy w las, aby po kilkunastu metrach dalej znaleźć się na rozległej polanie pod Gorcem, z której już widać cel naszej wędrówki.
Po przejściu polany, która wydaje się być bardzo przyjemną miejscówką do rozłożenia się tutaj w lecie, pozostaje nam jedynie krótki fragment pod górę. W końcu po niespełna 2 godzinach meldujemy się na szczycie.
Pomysł na wybudowanie tutaj wieży widokowej był strzałem w dziesiątkę. Sam szczyt bowiem jest lekko zalesiony, także widoczność jest ograniczona.
Wieża została zbudowana także z myślą o osobach z lękiem wysokości. Dzięki zabudowanym schodom, można wejść na samą górę wyzbywając się strachu.
A uwierzcie, że warto! Z wieży możemy podziwiać panoramę Tatr, Pienin, Beskidów, a także dostojną Babią Górę. Z każdej strony są także tabliczki, z opisami szczytów, które możemy zaobserwować.
Jedyny minus – u góry bardzo wiało, po wyciągnięciu telefonu, aby zrobić zdjęcia, po chwili przestaliśmy czuć palce u rąk…
Po zejściu z wieży robimy sobie krótką przerwę na kanapki i ciepłą herbatę. Z minuty na minutę zbiera się tutaj coraz więcej osób, także zakładamy raczki i ruszamy z powrotem na dół. Ze względu na samochód i brak alternatywnej drogi, schodzimy tą samą trasą.
Całą wycieczkę oceniamy na łatwą, atrakcyjną o każdej porze roku i dostępną dla każdego.
Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to lekko ponad godzina drogi.
Polecam serdecznie jako pomysł na lekką, krótką wycieczkę – my na pewno wrócimy tutaj jeszcze nie raz! Ponoć warto się wybrać na Gorc na wschód lub zachód słońca.
Ruszamy stąd czarnym szlakiem – drogowskazy wskazują 45min do Psiej Trawki oraz 2h pod Schronisko Murowaniec na Hali Gąsienicowej.
Kasa biletowa TPN o tej porze roku jest zamknięta, także do parku wchodzimy bezpłatnie.
Szlak ten nie jest zbyt popularny, ponieważ w przeważającej części wiedzie przez las, więc widoki pojawiają się dopiero na Hali Gąsienicowej. Natomiast w zimie nadaje to niesamowity klimat wędrówce. Dodatkowo trasa jest relatywnie łatwa – cały czas pniemy się łagodnie w górę.
Pomimo lekkiego mrozu, droga jest bardzo przyjemna. Promienie słoneczne przedzierają się pomiędzy drzewami tworząc przepiękne obrazy.
Nie jest ślisko, śnieg jest wydeptany, więc nie trzeba przedzierać się przez zaspy. W zasadzie w zimie, po śniegu, idzie się tędy przyjemniej niż po kamieniach, którymi wyłożona jest cała droga.
Jeżeli chodzi o wyposażenie podczas takich zimowych wędrówek, polecam mieć przy sobie stuptuty oraz raczki. Idzie się w nich dużo łatwiej, ponieważ mamy lepszą przyczepność.
Jakiekolwiek widoki wyłaniają się dopiero przed samym schroniskiem, gdzie docieramy po koło 1,5 h wędrówki.
Zamawiamy szarlotkę oraz kawkę i siadamy w słońcu za schroniskiem. W takich okolicznościach oczywiście wszystko smakuje o wiele lepiej.
Stąd obserwujemy „sznureczek” ludzi podchodzących na Kasprowy Wierch. Warunki wydają się być sprzyjające, także postanawiamy ruszyć dalej i wspiąć się na szczyt Kasprowego Wierchu.
Teraz idziemy żółtym szlakiem i już od samego schroniska dookoła nas roztaczają się przepiękne widoki na tatrzańskie szczyty.
Pokrywa śnieżna nie jest jeszcze gruba, ponieważ przez śnieg przebija się kosodrzewina, a na otaczających nas szczytach gdzieniegdzie przebija szarość skał.
Podejście staje się coraz bardziej strome, a wydeptana ścieżka coraz węższa. Zaczynamy odczuwać, że zdecydowanie lepiej byłoby pokonywać ten fragment w rakach, jednak raczki są za słabe na takie podejścia.
Cały czas powoli pniemy się w górę, co jakiś czas zatrzymując się, aby podziwiać niesamowite widoki.
Idziemy wzdłuż wyciągu i stoku narciarskiego, jednak z powodu zbyt małej pokrywy śnieżnej, nie jest on jeszcze czynny.
Im wyżej jesteśmy, tym coraz więcej chmur pojawia się nad szczytem. Pokonujemy ostatni stromy fragment i docieramy do Suchej Przełęczy znajdującej się na wysokości 1950 m n.p.m.
Niestety jesteśmy już w chmurach, także na widoki na drugą stronę nie ma co liczyć.
Po 1,5h wędrówki, odkąd wyruszyliśmy spod schroniska, docieramy na szczyt Kasprowego Wierchu. Jest tutaj zdecydowanie więcej ludzi, sporo z nich wyjeżdża tam i z powrotem kolejką, co można też zauważyć po ich ubiorze.
Czekamy chwilę, licząc na to, że być może wiatr rozgoni chmury, jednak narazie się na to nie zapowiada.
Na szczycie Kasprowego Wierchu znajduje się Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne zbudowane w 1983r. Jest to najwyżej położony budynek w Polsce.
Znajdziemy tu także górną stację kolejki linowej oraz restaurację.
Rozważaliśmy nawet opcję zjazdu na dół kolejką, ale biorąc pod uwagę to, że samochód zostawiliśmy na parkingu w Brzezinach i jakoś musielibyśmy po niego dotrzeć, decydujemy się wrócić tą samą trasą.
Oczywiście jak to zwykle, kiedy zaczynamy schodzić, po chwili oglądając się za siebie, widzimy, że chmury się rozeszły i gdybyśmy poczekali kilka minut dłużej moglibyśmy coś zobaczyć ze szczytu. Nigdy nie wiadomo jednak ile musielibyśmy czekać…
Pod schronisko Murowaniec schodzimy dość sprawnie. Zatrzymujemy się na chwilę na ciepłą zupę, aby się rozgrzać.
Spod schroniska schodzimy praktycznie marszobiegiem. Dobrą opcją w zimie jest też „jabłuszko”, na którym możemy trochę szybciej pokonać niektóre fragmenty, oczywiście w miejscach, gdzie jest to bezpieczne.
Cała wycieczka zajęła nam ponad 5h i pod koniec odczuwaliśmy lekkie zmęczenie.
Spacer Doliną Suchej Wody pod schronisko Murowaniec nie jest wymagającym fragmentem i większość osób bez problemu będzie go w stanie pokonać nawet w zimie.
Jeśli chodzi o wyjście na Kasprowy Wierch było ono trudniejsze. Przed taką zimową wędrówką należy się wyposażyć najlepiej w raki, stuptuty i termos gorącej herbaty. Warto też pamiętać o tym, że warunki w górach mogą szybko się zmienić, a w zimie dużo łatwiej się zgubić, jeśli widoczność spada. Dodatkowo zawsze warto sprawdzić też zagrożenie lawinowe, jeśli planujemy wybrać się gdzieś wyżej.
Natomiast zimowe widoki i klimat zrekompensowały nam cały wysiłek.
Kolejny weekend przed nami, także jak zwykle sprawdzamy prognozę pogody.
Niedziela zapowiada się chłodno, aczkolwiek słonecznie, dlatego od razu zaczynamy szukać inspiracji na kolejną górską wycieczkę.
Od pewnego czasu zerkamy na szczyty znajdujące się w Koronie Gór Polski. Stąd też nasz wybór pada na Pieniny i szczyt Wysoka (1050 m n.p.m.)
Mamy końcówkę listopada, dzień jest coraz krótszy. Dlatego też staramy się wybierać krótkie trasy, żeby nie zrywać się zbyt wcześnie, a równocześnie mieć szansę na spokojny spacer, zanim zapadnie zmrok.
Wyjeżdżamy z Krakowa po 8 rano i po około 2 godzinach drogi docieramy na parking znajdujący się u wejścia do Wąwozu Homole.
Parking jest bardzo duży, o tej porze roku, mimo dość późnej godziny nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Opłata jest naliczana z każdą godziną parkowania.
Z parkingu musimy przejść około 200 m wzdłuż ulicy, następnie po prawej stronie docieramy do wejścia do Wąwozu oraz początku naszego zielonego szlaku.
W Wąwozie wędrujemy wzdłuż rzeki Kamionka i w bardzo urokliwych okolicznościach przyrody. Po drodze czeka na nas kilka metalowych kładek i schodów.
Dodatkowo ponieważ poprzedniego dnia padało, pod butami mamy pełno błota i śliskich kamieni. Na szczęście ten odcinek jest dość prosty, także przemieszczamy się trochę wolniej, ale cały czas do przodu.
Docieramy do Dolinki Dubantowskiej, na której znajduje się grupa skał „Kamienne księgi” – bardzo ciekawa formacja skalna. Są tutaj też stoliki, przy których można sobie chwile odpocząć.
Po około kilometrze docieramy do końca Wąwozu, tutaj szlak odbija w prawo. Kolejny kilometrowy odcinek pokonujemy lasem, tym razem jest to raczej płaska ścieżka.
Dalej wychodzimy w końcu z lasu na otwarte przestrzenie. Zaczynamy odczuwać mocniejsze podmuchy zimnego wiatru. Natomiast widoki, które ukazują się naszym oczom wszystko wynagradzają.
Od bazy namiotowej Pod Wysoką rozpoczynamy bardziej strome podejście. Dalej wchodzimy ponownie w las, a ścieżka staje się jeszcze bardziej stroma – cieszę się, że wybraliśmy ten kierunek i nie będziemy tędy schodzić. Przy obecnym błocie nie byłoby to zbyt przyjemne.
Docieramy do rozdroża i zmieniamy kolor szlaku na niebieski.
Dalej pnąc się w górę dochodzimy do kolejnego rozwidlenia, które wskazuje 15-minutowe podejście na sam szczyt. Jest ono również dość strome, natomiast po drodze znajdujemy tutaj platformy widokowe.
Największa platforma znajduje się na samym szczycie. Stąd też rozpościera się przepiękna panorama na Tatry, Trzy Korony oraz Babią Górę.
Koło tabliczki z nazwą szczytu, znajdziecie także skrytkę z pieczątką, którą możecie sobie przybić jako dowód zdobycia kolejnego szczytu z Korony.
Przez chwilę przyglądamy się spektaklowi, które tworzą chmury, przemieszczające się pomiędzy nami a podnóżem Tatr.
Jednak z powodu zimnego wiatru, po kilku minutach schodzimy z powrotem do rozdroża. Stąd kierujemy się dalej niebieskim szlakiem w stronę Schroniska pod Durbaszką.
Czekają tutaj na nas jeszcze dwa krótkie, strome zejścia i podejścia.
Natomiast dalej wędrujemy cały czas płaskim odcinkiem, aż docieramy do ogromnej polany z ławeczką. Tutaj też należy odbić ze szlaku, aby dotrzeć do Schroniska pod Durbaszką.
W schronisku zatrzymujemy się na mały deser – bardzo dobrą szarlotkę i gorącą herbatę. Dla spragnionych zimnego piwka w upalny dzień – schronisko nie sprzedaje alkoholu!
Niestety spod samego budynku nie ma zbyt spektakularnego widoku – także na dłuższą przerwę polecam zatrzymać się wcześniej.
Po krótkiej regeneracji ruszamy w dół drogą od schroniska – nie ma tutaj wyznaczonego konkretnego szlaku. Natomiast droga jest dość szeroka i przyjemna. Po około 2,5 km marszu docieramy z powrotem na parking.
Krótka, ale za to przepiękna wycieczka. Widoki z samego szczytu są niesamowite. Na trasie spotkaliśmy niewiele osób – zapewne ze względu na porę roku. Trasę oceniam jako raczej prostą – tak jak wspominałam, napotkacie tutaj kilka stromych podejść, ale nie są one takie złe.
Góry jesienią? W głowie pojawia się tylko jedno skojarzenie – Bieszczady.
W tym roku udało nam się dotrzeć tu w październiku i doświadczyć tych niesamowitych bieszczadzkich kolorów.
Jednym z pozytywnych zaskoczeń tego wyjazdu był szlak na Małą i Wielką Rawkę.
Byłam tam już kilka razy, ale tym razem wybrana trasa okazała się strzałem w dziesiątkę.
Wycieczkę rozpoczynamy zielonym szlakiem, niedaleko przystanku Wetlina, Rawka. W tym miejscu, przy wejściu na szlak, nie ma niestety parkingu. Znajduje się tutaj jedynie budka, w której można kupić bilety do wejścia do parku.
Dlatego też najbardziej polecam podjechać sobie busem. Wtedy odpada też problem powrotu w to samo miejsce po samochód.
Zielony szlak wchodzi od razu w las – początkowo są to dość gęste zarośla.
Poprzednie dni były raczej deszczowe, także mamy do pokonania kilka błotnistych fragmentów.
Na szczęście po drodze jest wiele kładek i mostków.
Po przejściu krótkiego fragmentu, widzimy przed sobą całkiem strome podejście, pełne schodków.
Atakujemy!
Pomimo wysiłku, okoliczności przyrody są tak piękne, że więcej uwagi poświęcamy temu niż zmęczeniu. Otacza nas bowiem dywan czerwonych liści.
Po pokonaniu około 200 m przewyższenia, robi się już spokojniej. Wychodzimy z lasu, gdzie zaczynają się otwierać piękne widoki na góry i jeszcze intensywniejsze kolory.
Cały czas wędrujemy wśród intensywnej czerwieni borówek, traw charakterystycznych dla bieszczadzkich połonin, a przed nami niesamowicie przebarwione drzewa.
Szlak teraz biegnie całkiem łagodnie, cały czas poruszamy się wąską ścieżką, a oczy mamy dookoła głowy.
Dodatkowym atutem tej trasy jest to, że nie ma tutaj praktycznie ludzi. Spotykamy na szlaku pojedyncze osoby, mimo że jest to weekend.
Zazwyczaj ludzie idąc na Rawki wybierają krótsze szlaki – zielony z Przełęczy Wyżniańskiej, bądź niebieski z Ustrzyk Górnych.
Ja bardzo się cieszę, że wybraliśmy ten dłuższy, zielony szlak prowadzący przez Dział.
Droga biegnie na przemian lasem i długimi polanami.
Błękit nieba, piękne słońce, złota polska jesień i łagodność trasy sprawiają, że jesteśmy zachwyceni.
Po około 7 km ukazuje się nam niewielkie podejście na Małą Rawkę.
Dalej na prawo, widzimy Wielką Rawkę, cel naszej wycieczki.
Wychodzimy na szczyt Małej Rawki (1267 m n.p.m.), gdzie zaczyna strasznie wiać – także szybkie zdjęcie i lecimy dalej, żeby znaleźć sobie jakieś miejsce osłonięte od wiatru.
W drodze na Wielką Rawkę otwierają się dookoła nas kolejne widoki. Nadal zachwycają nas barwy lasów porastających bieszczadzkie pagórki.
Ludzi tutaj już trochę więcej, ale nadal nie tak dużo, jak poprzedniego dnia na Tarnicy.
Także może po prostu jest to mniej popularne miejsce w Bieszczadach.
Znajdujemy fajne miejsce trochę poniżej szlaku i wyciągamy nasze super „poddupniki” zakupione w Decathlonie za 15 zł – jeśli ktoś jeszcze nie ma – mega polecam. Teraz to mój nieodłączny element górskich wędrówek.
Czas na gorącą herbatę i kanapkę – w takich okolicznościach wszystko smakuje przecież najlepiej.
Po dłuższej przerwie ruszamy w dół.
Zejście jest dość strome – początkowo widokowe, po dużej ilości schodów. Dalej wchodzimy w las, gdzie trzeba uważać na śliskie korzenie i kamienie.
Tutaj także idziemy praktycznie sami. Aż zaczynają się pojawiać myśli, czy zaraz gdzieś nie wylezie na nas jakiś niedźwiadek…
Na szczęście cało i zdrowo docieramy do parkingu, skąd odbiera nas kolega. Można też podejść stąd do Ustrzyk Górnych.
Trasę oceniamy jako jedną z piękniejszych w Bieszczadach, zdecydowanie wartą przejścia, szczególnie w jesiennych okolicznościach.
Poziom trudności oceniłabym jako łatwy – w sumie czekało na nas jedno strome podejście, a później już tylko bardziej strome zejście z samej Wielkiej Rawki.
Jeżeli ktoś wpadnie na pomysł wycieczki na Śnieżkę, będzie miał niemałą zagwozdkę, którędy tam się wybrać. Na ten najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów, prowadzi bowiem bardzo dużo szlaków.
Opiszę Wam jedną opcję, która po przeszukaniu kilkunastu stron w Internecie, pojawiała się jako najbardziej ciekawa i widokowa.
Nasza trasa rozpoczyna się pod Świątynią Wang – co ciekawe, kościół ten powstał w Norwegii, następnie został rozebrany i przewieziony po wielu perypetiach na Śląsk.
Stamtąd ruszamy szeroką, brukowaną drogą, która początkowo pokrywa się z niebieskim szlakiem.
Natomiast, aby uniknąć tłumów i trochę nudnego podejścia – będziemy trzymać się żółtego szlaku.
Po krótkim podejściu docieramy do rozwidlenia szlaków i odbijamy na prawo w las.
Idziemy około kilometra, aby znowu połączyć się z niebieską trasą.
Na szczęście, po krótkim odcinku oraz kontroli biletów, ponownie odbijamy w prawo. Zaczynamy delikatną wspinaczkę, poprzez kładki oraz kamienne schody.
Pierwszym naszym przystankiem są niesamowite formacje skalne – Pielgrzymy.
Zostajemy tam na chwilę, aby dokładniej przyjrzeć się tym niesamowitym kształtom.
Następnie ruszamy dalej, gdzie czeka na nas kolejna atrakcja – Słonecznik.
Aby do niego dotrzeć, pokonujemy kolejne przewyższenia. Za naszymi plecami ukazuje się przepiękna panorama. Ponieważ jednak zachmurzenie jest dość spore, trzeba utrafić moment, kiedy chmury się na chwile rozstępują.
Im wyżej jesteśmy, tym widoczność się zmniejsza.
Docieramy w końcu pod Słonecznik, co ciekawe swoją nazwę wziął on od tego, że słońce nad skałą wskazywało mieszkańcom południe.
Krótka przerwa na ciepłą herbatę i kanapkę i ruszamy dalej.
Teraz przed nami dość spokojny, około 5 km odcinek – czerwonym szlakiem. Mijamy niesamowity Kocioł Wielkiego Stawu, a otaczają nas polany pełne wrzosów. Mimo braku słońca jest pięknie.
Przechodzimy także koło widoku na Mały Staw i Schronisko Samotnia, do których dotrzemy w drodze powrotnej.
Szlak ten jest obfituje w widoki zarówno na polską jak i czeską stronę.
Docieramy ponownego połączenia ze szklakiem niebieskim, gdzie od razu widać dużo większą ilość ludzi. Nareszcie też z chmur wyłania się cel naszej podróży – Śnieżka.
Przed samym podejściem na szczyt mijamy Dom Śląski, przy którym panuje niemałe zamieszanie, ponieważ jest tutaj informacja, że na szczycie toalety i restauracja są zamknięte.
Idziemy jednak dalej, licząc na to, że trafimy na okno pogodowe i widoki z góry. Szczyt atakujemy czerwonym szlakiem – krótszym, z licznymi zakosami. Co chwilę mijamy platformy widokowe.
Po chwili docieramy na górę i ku naszemu rozczarowaniu wchodzimy w gęstą białą chmurę. Za nami majaczy kosmiczne obserwatorium meteorologiczne.
Decydujemy się posiedzieć chwilę u góry z nadzieją na rozstąpienie się chmur.
Niestety po 30 min z małymi przebłyskani, przewiani z każdej możliwej strony, stwierdzamy, że nie ma sensu i udajemy się w dół niebieskim, łagodniejszym szlakiem.
Oczywiście w momencie jak docieramy z powrotem pod Dom Śląski, nagle chmury na szczycie się rozstępują i na parę minut pojawia się niesamowita widoczność. No ale cóż, nie będziemy się wracać…
Zresztą po kilku minutach Śnieżka ponownie zostaje powita w chmurach.
Schodzimy dalej niebieską trasą, która przechodzi koło dwóch schronisk – Strzecha Akademicka oraz Schronisko Samotnia.
To drugie nas zachwyca. Jest położone na uboczu, w niesamowitym otoczeniu przepięknych skał, nad Małym Stawem.
Sama architektura schroniska jest też bardzo ciekawa, nie przypomina ono innych schronisk znanych mi z Tatr czy Beskidów.
Wchodząc do środka, czuje się tam domowe ciepło. Posilamy się ciepłą zupą oraz smacznym piwem, które jak zwykle najlepiej wchodzi po wysiłku.
Jest to jeden z ładniejszych fragmentów tej trasy. Schodzimy dalej, cały czas po brukowanej drodze, trzymając się tym razem niebieskiego szlaku. W ten sposób docieramy z powrotem do punktu startowego – Świątynia Wang.
Cała wycieczka jest dość długa – trasa liczy bowiem 21 km. Jest jednak dosyć lekka i przyjemna. W bardzo łatwy sposób można zdobyć najwyższy szczyt w Karkonoszach i Sudetach.
Na całej trasie mamy dwa podejścia – na początku pod Słonecznik, następnie dopiero przed samym masywem Śnieżki.
Polecam wybrać się na tę wycieczkę, szczególnie przy ładnej pogodzie – podobno widoki ze szczytu są piękne… No cóż, może następnym razem.