Cucumbrove

Travelling. Cycling. Hiking. Eating.

Author : Efffa

Pico do Arieiro - Pico Ruivo (PR1)

Trasa: PR1 – Pico do Arieiro -> Pico Ruivo -> Parking PR1.2 Achada do Teixeira

Dystans:  9,80 km

Przewyższenia: 619 m

Czas: 3h 30min

Najpiękniejsza, górska trasa trekkingowa na Maderze? Owszem! Dla mnie osobiście była to najbardziej niesamowita trasa, którą przeszłam do tej pory.

Szlak PR1: Vereda do Areeiro znajduje się w środkowej części wyspy i łączy dwa najwyższe szczyty Madery: Pico Ruivo (1862 m n.p.m.) oraz Pico do Arieiro (1818 m n.p.m.).

Czekaliśmy do ostatniego dnia naszego pobytu na Maderze, żeby trafić na bezchmurny poranek i załapać się na wschód słońca na Pico do Arieiro – co opiszę w kolejnym wpisie. Na szczęście pogoda okazała się być dla nas łaskawa i było przepięknie!

Wyruszamy w drogę jeszcze przed świtem. Trasę rozpoczynamy od wierzchołka Pico do Areeiro, gdzie można dojechać samochodem. Pod samym szczytem znajduje się  spory parking oraz schronisko.

Z Funchal jest to około 20 km drogi. Pamiętajmy jednak, że wyjeżdżamy na wysokość ponad 1800 m n.p.m. z praktycznie poziomu 0. Także czeka nas jakieś 40 min jazdy samochodem. 

Link do parkingu: LINK

Przy schronisku znajdziemy mapę. 

Na Pico Ruivo możemy dostać się na dwa sposoby: trasą zachodnią (krótszą i łatwiejszą), bądź wschodnią (dłuższą i trudniejszą). Akurat w momencie kiedy tam byliśmy szlak wschodni był zamknięty, także nie mieliśmy wyboru.

Szlak zachwyca już od samego początku. Towarzyszą  nam wręcz nierealne widoki. Dodatkowo ścieżka jest bardzo dobrze przygotowana, idziemy praktycznie cały czas wyłożonym skalnym chodnikiem, bądź schodami. Natomiast w miejscach gdzie jest większa ekspozycja, cała trasa jest zabezpieczona metalowymi linkami. Daje to spory komfort psychiczny.

Formacje skalne są tutaj bardzo różnorodne i przepiękne, a krajobraz co chwilę się zmienia. Raz czujemy się jak w Wielkim Kanionie, widząc zabarwione na czerwono skały, by zaraz potem wejść w klimat surowych szarych, skalnych zboczy, muśniętych zieloną roślinnością.

Na szlaku nie ma tłumów, co jest dodatkowym atutem – ciekawe czy powodem było to, że wyruszyliśmy na wycieczkę bardzo wcześnie rano. Natomiast zazwyczaj popołudniami nad górami tworzą się chmury, więc jeśli chcemy mieć dobrą widoczność, poleca się spacer w pierwszej części dnia.

Oczywiście przed wyjściem warto sprawdzić widok z kamerki znajdującej się na Pico do Arieiro – jeśli nic nie widać, to zazwyczaj nie ma sensu jechać.

Trasa od samego początku w dużej mierze jest płaska, bądź schodzi w dół.  Także jest bardzo przyjemnie.

Oszałamiających widoków po drodze jest tak dużo, że co chwilę by się można było zatrzymywać z aparatem.

Od pewnego momentu szlak biegnie wąską półką skalną, co jakiś czas przechodzi się także przez krótsze lub dłuższe tunele – latarka może się tutaj przydać.

Niesamowite jest też to, że na takiej wysokości napotykamy przepiękne, kolorowe kwiaty, a także – co jest dla nas dość niecodziennym widokiem – sukulenty wyrastające ze skał.

Krajobraz w tej części wyspy totalnie różni się od tego co widzieliśmy pierwszego dnia podczas spaceru po Półwyspie Świętego Wawrzyńca (opis trasy znajdziecie tutaj: Madera| Ponta de Sao Lourenco).

Tak naprawdę będąc w tym miejscu zapominamy, że otacza nas ocean.

Niesamowite jest też to, że na tej małej wyspie możemy znaleźć tak wysokie i różnorodne pod względem formacji, góry.

Ostatni fragment trasy totalnie zmienia charakter – zaczynamy się piąć w górę, po metalowych stopniach, które są tak strome, że czuję się jakbym wchodziła po drabinie. Teraz można się w końcu trochę zmęczyć. 

Na szczęście tak „ekstremalnie” jest tylko przez chwilę, wprawdzie trasa nadal idzie cały czas pod górę, ale już nie tak ostro. W końcu podchodzimy teraz na najwyższy punkt na wyspie!

Po około 6 km wędrówki docieramy pod schronisko, ale to jeszcze nie nasza destynacja – stąd na Pico Ruivo mamy jakieś 500 m, oczywiście cały czas pod górę.

W końcu zdobywamy Pico Ruivo! Można powiedzieć, że spacerujemy w chmurach, które gromadzą się nad oceanem. Widoki są równie piękne, jak podczas całej trasy.

Po dłuższym odpoczynku i napawaniu się widokami, schodzimy z powrotem pod schronisko, gdzie można napić się pysznej kawy. 

Ponieważ mamy transport z parkingu pod Pico Ruivo (link tutaj: LINK), nie musimy wracać tą samą trasą do Pico do Arieiro, czeka nas teraz jedynie około 2,5 km zejścia.

Zaraz obok parkingu znajdziecie restaurację z bardzo dobrym jedzeniem. Polecam aby zatrzymać się tutaj i posilić po wycieczce.

Dosłownie 5 min po tym jak się rozsiedliśmy, zaczyna padać… także pogoda w pierwszej części dnia trafiła nam się idealnie.

Moim zdaniem przejście trasy PR1 od Pico do Arieiro na Pico Ruivo to obowiązkowy punkt zwiedzania Madery. Każdy kto ją pokonuje jest zachwycony i zauroczony krajobrazem. Szlak nie jest szczególnie wymagający i jest bardzo dobrze przygotowany. Natomiast są na nim spore ekspozycje, także może być wyzwaniem dla osób z lękiem wysokości lub przestrzeni. Ale warto spróbować przejść chociaż pierwszy kilometr, który jest równie piękny.

Z informacji praktycznych – nie dociera tutaj niestety żadna komunikacja miejska, dlatego jedną z opcji dostania się na szlak jest wypożyczenie samochodu lub wykupienie zorganizowanej wycieczki. 

Warto też zabrać ze sobą ciepłe ubrania, w górach może być bowiem dużo zimniej niż na dole.

Niemniej jednak, na pewno warto!

Zapraszam też do moich poprzednich wpisów z wyspy wiecznej wiosny: Madera | Fanal – magiczny las

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Profil przewyższenia z aplikacji Garmin Connect

Fanal - Magiczny las

Trasa: Spacer po lesie Fanal

Magiczny, baśniowy, tajemniczy, niepokojący… a zarazem pociągający, rodem nie z tej ziemi – Las Fanal. 

Jest to kolejne niesamowite miejsce, którym zaskakuje nas Madera.

Las Fanal – nazywany inaczej lasem mglistym, bądź bardziej naukowo, lasem wawrzynolistnym. Położony w północno – zachodniej części wyspy i oddalony o około 50 km od stolicy Funchal.

Las znajduje się na górskim płaskowyżu Paul da Serra, na wysokości 1150 m n.p.m.

Znajdziecie tutaj niewielki parking, gdzie można zostawić samochód, aby kilka metrów dalej wejść do lasu.

Link do parkingu: https://goo.gl/maps/WDw4M8quDYFEPGdA9

Jadąc w to miejsce trzeba być przygotowanym na wszystko!

Przede wszystkim zmienna temperatura. Wyjechaliśmy z Porto Moniz, w którym było ponad 20 stopni. Natomiast, gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, nagle wjechaliśmy w gęstą mgłę, a termometr w aucie pokazywał, że na zewnątrz jest 8 stopni…

Po drodze uważajcie też na wyłaniające się nagle z mgły krowy, które spacerują wzdłuż asfaltu oraz pasą się gdzieniegdzie w lesie.

Co ciekawe – las Fanal został wpisany w 1999r. na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Lasy mgliste bowiem stanowią jedynie 1% wszystkich lasów na świecie!

Jeżeli chodzi o Maderę, lasy wawrzynolistne (laurowe) zajmują około 16% powierzchni wyspy.

Dodatkowo Fanal jest głównym źródłem słodkiej wody pitnej, rozprowadzanej po całej wyspie słynnymi lewadami. 

Lewady – system koryt (otwartych, niewielkich kanałów) służących do transportowania wody deszczowej z północy na południe wyspy. Więcej informacji oraz opis wycieczki wzdłuż jednej z nich znajdziecie tutaj: https://cucumbrove.pl/madera-levada-do-caldeirao-verde-pr-9/

Wybraliśmy się na miejsce po południu, ponieważ wyczytaliśmy, że zarówno rano i wieczorem można trafić na las pogrążony we mgle, co nadaje mu tego niesamowitego klimatu.

Nie spodziewaliśmy się jednak, że mgła będzie aż tak gęsta…

Już od pierwszych kroków postawionych w lesie mglistym czujemy się jak w baśni. 

Jaskrawozielony, puszysty mech, który ugina się pod stopami oraz przedziwnie pokręcone drzewa owiane magiczną mgłą.

Drzewa są tutaj bardzo charakterystyczne i wyglądają całkiem inaczej w stosunku do tych, które znałam do tej pory. Mają ciemnozielone, wręcz skórzane liście, a pnie i gałęzie otulone są porostami.

Nie zapuszczamy się zbyt daleko, ponieważ mgła jest naprawdę gęsta i zaczyna padać mżawka. Ale nawet krótka pętelka w tym miejscu, pozwala wczuć się w ten niesamowity klimat.

Wyjątkowe miejsce, baśniowy klimat, zdecydowanie warte odwiedzenia podczas eksplorowania Madery!

Kolejny wpis z serii o Maderze znajdziecie tutaj: Madera| Ponta de Sao Lourenco

Ponta de Sao Lourenco

Trasa: PR8 – Ponta de Sao Lourenco – Półwysep Świętego Wawrzyńca (trasa tam i z powrotem, powrót tą samą drogą)

Dystans:  8,7 km

Przewyższenia: 502 m

Czas: 3h 30min

Madera zwana wyspą wiecznej wiosny, od dłuższego czasu była na mojej liście miejsc, które bardzo chciałam odwiedzić.

Pewnego zimowego wieczoru  trafiłam na filmiki na YouTube nagrywane na Maderze, co popchnęło mnie potem do czytania różnych blogów opisujących wyspę. Już wtedy wiedziałam, że to będzie mój cel na ten rok.

Ponta de Sao Lourenco był wymieniany praktycznie przez każdego, jako obowiązkowy punkt do odwiedzenia – od niego też rozpoczęliśmy eksplorowanie Madery.

Ponta de Sao Lourenco – inaczej nazywany Półwyspem Świętego Wawrzyńca, jest to najdalej wysunięty na wschód kraniec Madery.

Dojazd do początku szlaku jest bardzo dobry – żeby dotrzeć na miejsce z Funchal, trzeba przebyć niespełna 35 km. Oczywiście najwygodniej dostać się tam samochodem.

Po drodze mamy okazję przejechać pod płytą lotniska, która na Maderze znajduje się na potężnych, betonowych filarach. Ta niesamowita konstrukcja naprawdę robi wrażenie.

Na końcu asfaltowej drogi znajduje się darmowy parking, na którym bez problemu znaleźliśmy wolne miejsce.

Link do parkingu: https://goo.gl/maps/uZDBEfx9b9285dZ3A

Już po wyjściu z samochodu, rozpościera się przed nami niesamowity krajobraz. Wprawdzie bujna roślinność zanika, natomiast widok na ocean, cały półwysep i klify naprawdę zapiera dech w piersiach.

Poruszamy się szlakiem PR8 i mamy do pokonania łącznie około 8 km. Półwyspem biegnie tylko jedna wyznaczona trasa. Z tego też powodu trzeba wrócić dokładnie tą samą drogą. 

Początkowo szlak bardzo przypomina nam bieszczadzkie połoniny. Wyłożona kamienna ścieżka, dookoła jedynie trawy i lekkie wzniesienia – z jedną różnicą, gdzieniegdzie wyłaniającym się Oceanem Atlantyckim.

Z każdym kolejnym krokiem krajobraz staje się jeszcze piękniejszy. 

Polecam czasem zboczyć z głównego szlaku, w ten sposób można dotrzeć np. na brzeg klifu i złapać inną perspektywę.

Zachwycające są nie tylko widoki, ale też niesamowite formacje skalne, kolory skał, ziemi… To wszystko Madera zawdzięcza swojemu wulkanicznemu pochodzeniu.

Trasa jest bardzo dobrze przygotowana i dość łatwa. Cały czas wprawdzie idziemy w górę i w dół, ale te przewyższenia są raczej niewielkie. 

Mimo tego warto zarezerwować sobie na tę wycieczkę więcej czasu, żeby na spokojnie napawać się tymi nadzwyczajnymi widokami.

Ciekawe jest też to, że podczas wędrówki człowiek zapomina, że znajduje się na wyspie, na środku oceanu. Przez chwile można się poczuć się tutaj jak w górach.

Dodatkowo zdecydowanie mogę stwierdzić, że są to najpiękniejsze widoki, jakich do tej pory doświadczyłam w życiu. Pionowe klify schodzące wprost do oceanu, fale rozbijające się na wyrastających nagle niecodziennych formacjach skalnych, kolorowe kwiaty rosnące samotnie na skałach…

Zresztą nie ma co tutaj dużo pisać, zdjęcia mówią same za siebie.

Przed ostatnim, chyba najbardziej ambitnym podejściem, trafiamy na drogowskaz, który ku naszemu zaskoczeniu, wskazuje drogę do baru. I faktycznie w oddali, przed nami, majaczy mała oaza – budynek otoczony palmami.

Decydujemy, że wstąpimy tam w drodze powrotnej.

Atakujemy Ponta do Furado, jednak podejście okazuje się całkiem przyjemne. Wreszcie docieramy do punktu, gdzie już dalej iść nie można. 

Wprawdzie przed nami widać jeszcze kilka wysepek, jednak są one oddzielone od półwyspu i nie da się na nie przedostać.

To naprawdę niebywałe uczucie, stać tutaj w tym miejscu.

Pogoda tutaj również jest bardzo zmienna i wietrzna. Tak naprawdę trzeba być przygotowanym zarówno na upał jak i porywy chłodnego wiatru.

Pora ruszać z powrotem! 

Schodzimy do wspomnianej wcześniej oazy, gdzie można posilić się bardzo dobrymi ciachami oraz skosztować tradycyjnego maderskiego trunku – Poncha. Została ona swoją drogą moim ulubionym drinkiem.

Na koniec jeszcze kilka ujęć z drogi powrotnej.

Z góry dostrzegamy jeszcze kamienistą plażę, na którą decydujemy się odbić ze szlaku.

Można tutaj zażyć kąpieli w oceanie, albo przynajmniej schłodzić nogi po odbytej wędrówce. 

Cała wycieczka była mało wymagająca kondycyjnie. Największą trudnością było chyba powstrzymywanie się, by nie zatrzymywać się co chwilę i nie wyciągać aparatu.

My byliśmy tam na początku maja. Temperatura była optymalna, tak samo zresztą jak ilość ludzi na szlakach.

Ponta de Sao Lourenco jest niezwykłym miejscem, które obfituje w niezapomniane widoki i jest dość łatwo dostępne dla wszystkich.

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Profil przewyższenia z aplikacji Garmin Connect

Zimowe wejście na Gorc

Trasa: Lubomierz-Rzeki – Polana Świnkówka – Gorc – Lubomierz-Rzeki

Dystans:  10,08 km

Przewyższenia: 632 m

Czas wędrówki: 2h 58min

Gorc – atrakcyjny pod względem turystycznym szczyt wznoszący się na wysokość 1228 m n.p.m. znajdujący się w Paśmie Gorców. W 2015 r. wybudowano na jego wierzchołku drewnianą wieżę widokową, która zwiększyła popularność tej destynacji dla wędrówek pieszych.

Nazwa szczytu prawdopodobnie pochodzi od wypalania polan sposobem żarowym, przez co były „wygorzałe”. 

Na szczyt możemy dotrzeć na wiele sposobów. My wybieramy niebieski szlak rozpoczynający się w miejscowości Lubomierz-Rzeki.

Samochód zostawiliśmy na płatnym parkingu, znajdującym się zaraz obok wejścia na szlak.

Pinezkę znajdziecie tutaj (parking nie jest zaznaczony na mapie, natomiast znajduje się przy kaplicy, do której przypięłam pinezkę): https://goo.gl/maps/56NpwuBeqCPxe2RN7

Z parkingu przechodzimy przez mostek i wchodzimy na szlak, który początkowym fragmentem biegnie wzdłuż szerszej drogi leśnej. Temperatura nas nie rozpieszcza, jest około -10 stopni…

Liczymy jednak, że idąc w górę szybko się rozgrzejemy.

Po niecałym kilometrze szlak odbija w lewo do lasu. Tutaj trzeba uważać na oznakowanie, nie było on zbyt dobrze widoczne. My go nie zauważyliśmy, rozpędziliśmy się i szliśmy cały czas za drogą, także po chwili musieliśmy się cofnąć do rozgałęzienia ścieżek.

Ten fragment jest mocno oblodzony, dajemy radę iść bez raczków, ale z powrotem byłoby ciężko. Śniegu nie ma jakoś bardzo dużo, a poprzednie dni były cieplejsze, stąd też ta odkryta, zamarznięta skorupa.

Po kolejnym kilometrze, który pokonujemy lasem, z powrotem wychodzimy na tę samą leśną drogę, aby zaraz odbić tym razem w prawo. Na zakręcie znajduje się drewniany stół z ławami, przy którym można sobie zrobić przerwę na śniadanie.

Tutaj rozpoczyna się bardziej strome podejście, nie jest ono jednak jakoś bardzo wymagające.

Ludzi na szlaku nie ma za wiele. Co ciekawe praktycznie każdy jest wyposażony w kijki i w raczki, co jest dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Po około 4 km od początku wędrówki, docieramy wreszcie na Polanę Świnkówka, z której roztacza się piękny widok na Tatry.

Z powrotem wchodzimy w las, aby po kilkunastu metrach dalej znaleźć się na rozległej polanie pod Gorcem, z której już widać cel naszej wędrówki.

Po przejściu polany, która wydaje się być bardzo przyjemną miejscówką do rozłożenia się tutaj w lecie, pozostaje nam jedynie krótki fragment pod górę. W końcu po niespełna 2 godzinach meldujemy się na szczycie.

Pomysł na wybudowanie tutaj wieży widokowej był strzałem w dziesiątkę. Sam szczyt bowiem jest lekko zalesiony, także widoczność jest ograniczona. 

Wieża została zbudowana także z myślą o osobach z lękiem wysokości. Dzięki zabudowanym schodom, można wejść na samą górę wyzbywając się strachu.

A uwierzcie, że warto! Z wieży możemy podziwiać panoramę Tatr, Pienin, Beskidów, a także dostojną Babią Górę. Z każdej strony są także tabliczki, z opisami szczytów, które możemy zaobserwować.

Jedyny minus – u góry bardzo wiało, po wyciągnięciu telefonu, aby zrobić zdjęcia, po chwili przestaliśmy czuć palce u rąk…

Po zejściu z wieży robimy sobie krótką przerwę na kanapki i ciepłą herbatę. Z minuty na minutę zbiera się tutaj coraz więcej osób, także zakładamy raczki i ruszamy z powrotem na dół. Ze względu na samochód i brak alternatywnej drogi, schodzimy tą samą trasą.

Całą wycieczkę oceniamy na  łatwą, atrakcyjną o każdej porze roku i dostępną dla każdego.

Szlak jest raczej krótki, a dojazd z Krakowa to lekko ponad godzina drogi.

Polecam serdecznie jako pomysł na lekką, krótką wycieczkę – my na pewno wrócimy tutaj jeszcze nie raz! Ponoć warto się wybrać na Gorc na wschód lub zachód słońca.

 

Jeśli szukacie inspiracji na kolejne wyprawy w Gorcach – zajrzyjcie do wpisu opisującego wycieczkę na Turbacz: https://cucumbrove.pl/zimowe-wejscie-na-turbacz/

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://mapa-turystyczna.pl/

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect

Wschód Bar - azjatyckie smaki

Restauracja: Wschód Bar

Adres: Zduńska 18 Stare Dębniki, 30-304 Kraków 

Wschód Bar – to azjatycka restauracja wcześniej działająca jako mały lokal w pasażu na ul. Miodowej.

Od 2022 roku knajpka przeniosła się do znacznie większego lokalu wraz z ogródkiem. 

Przed knajpą kolejka, co sugeruje nam, że będzie pysznie! Obsługa na bieżąco informuje o czasie oczekiwania, szczerze też mówi, jeżeli takowe czekanie na stolik nie ma sensu. 

Na szczęście po około 15 min, udaje nam się dostać do środka.

Od razu otrzymujemy menu i rzuca nam się w oczy pozycja „Little Chinatown” – dla 2-3 osób, w której znajduje się 5 dań z karty. Jest to bardzo atrakcyjna opcja, szczególnie na pierwszy raz, ponieważ można spróbować sporo rzeczy.

Restauracja ta działa na zasadzie „foodsharigu”, także dania dostajecie na środek stołu i możecie dzielić się nimi razem ze znajomymi.

Karta napojów jest bardzo rozbudowana – mamy do wyboru wina, drinki, herbaty, kombuche.

Moją uwagę przykuwa tempache – wprawdzie nie azjatycki, ale meksykański napój ze skórek ananasa, imbiru i chilli, który jest też podawany z karafką piwa.

Smak jest bardzo interesujący, a sam napój orzeźwiający. Nie czuć ostrości chilli.

Dostajemy talerze a wraz z nimi jedynie pałeczki – także jedzenie dla mnie będzie na pewno sporym wyzwaniem.

Na dania czekamy około 20 min – dość krótko, patrząc na to, że wszystkie stoliki w lokalu są zajęte.

Jako pierwsze dostajemy Sichuan Wontons – czyli tradycyjne chińskie pierożki z wieprzowiną. Ciasto jest bardzo delikatne, a farsz lekko ostro. Całość bardzo dobrze dopełnia sos wraz z dymką.

Chwilę później otrzymujemy pozostałe dania – ledwo nam się mieszczą na stoliku, stąd też różne dziwne kąty, pod którymi zostały zrobione zdjęcia.

Próbujemy wszystkiego po kolei.

Hong Kong style pork ribs – żeberka wieprzowe, bardzo delikatne, miękkie w pysznej marynacie z chińskiego, ryżowego wina i sosu sojowego. Generalnie nie przepadam za żeberkami, a te były naprawdę pyszne.

Jeszcze lepiej smakowały w towarzystwie Yu Xiang – smażonych w woku bakłażanów w sosie z fermentowanych nasion soi. Był to zaskakujący smak i jedno z lepszych dań, których tutaj skosztowaliśmy.

Aż zaczęliśmy żałować, że nie dostaliśmy łyżek, aby wygrzebać resztki tego sosu.

Natomiast najlepszym daniem zdecydowanie był Korean style fried chicken, czyli kąski kurczaka w słodko-ostrej glazurze. Delikatne mięso, z niesamowitą otoczką – bardzo zaskakujący smak. Dla samego tego kurczaka, byłabym w stanie tutaj częściej bywać.

Dodatkowo w zestawie była jeszcze Liangban Mu’er – sałatka z suszonych grzybów mun, ogórka oraz kolendry. Odświeżająca, o nieoczywistym smaku – warto jej spróbować.

Dostaliśmy także dwie miseczki ryżu jaśminowego, ale przy tych wszystkich dobrodziejstawch nie byliśmy w stanie wszystkiego zjeść.

Zestaw zdecydowanie dla 3 osób.

Wizyta w restauracji Wschód Bar była pyszna i zaskakująca dla naszych kubków smakowych. Dużo nowych smaków, ciekawe dania, miła obsługa oraz bardzo fajny klimat lokalu. 

Na pewno jeszcze nieraz tam wpadniemy, ponieważ zostało jeszcze kilka pozycji do spróbowania, a niektóre warto zjeść ponownie.

Zimowe wejście na Kasprowy Wierch

Trasa: Brzeziny – Psia Trawka – Schronisko Murowaniec – Kasprowy Wierch – Brzeziny

Dystans:  18,38 km

Przewyższenia: 1045 m

Czas wędrówki: 5h 09min

Weekend, błękit nieba, pierwszy śnieg – idealne warunki, aby wyrwać się z zasmogowanego Krakowa i zażyć trochę świeżego powietrza.

Wyruszamy wcześnie rano z planem spaceru do schroniska Murowaniec i w zależności od warunków, być może ataku na Kasprowy Wierch.

 

Przed godziną 9 docieramy na płatny parking w Brzezinach. Nie jest on zbyt duży – w sezonie o takiej porze raczej ciężko byłoby tu znaleźć miejsce.

Link do parkingu znajdziecie tutaj: https://goo.gl/maps/yv69dffv2AKC4nxK7

Ruszamy stąd czarnym szlakiem – drogowskazy wskazują 45min do Psiej Trawki oraz 2h pod Schronisko Murowaniec na Hali Gąsienicowej.

Kasa biletowa TPN o tej porze roku jest zamknięta, także do parku wchodzimy bezpłatnie.

Szlak ten nie jest zbyt popularny, ponieważ w przeważającej części wiedzie przez las, więc widoki pojawiają się dopiero na Hali Gąsienicowej. Natomiast w zimie nadaje to niesamowity klimat wędrówce. Dodatkowo trasa jest relatywnie łatwa – cały czas pniemy się łagodnie w  górę.

Pomimo lekkiego mrozu, droga jest bardzo przyjemna. Promienie słoneczne przedzierają się pomiędzy drzewami tworząc przepiękne obrazy.

Nie jest ślisko, śnieg jest wydeptany, więc nie trzeba przedzierać się przez zaspy. W zasadzie w zimie, po śniegu, idzie się tędy przyjemniej niż po kamieniach, którymi wyłożona jest cała droga.

Jeżeli chodzi o wyposażenie podczas takich zimowych wędrówek, polecam mieć przy sobie stuptuty oraz raczki. Idzie się w nich dużo łatwiej, ponieważ mamy lepszą przyczepność.

Jakiekolwiek widoki wyłaniają się dopiero przed samym schroniskiem, gdzie docieramy po koło 1,5 h wędrówki.

Zamawiamy szarlotkę oraz kawkę i siadamy w słońcu za schroniskiem. W takich okolicznościach oczywiście wszystko smakuje o wiele lepiej.

Stąd obserwujemy „sznureczek” ludzi podchodzących na Kasprowy Wierch. Warunki wydają się być sprzyjające, także postanawiamy ruszyć dalej i wspiąć się na szczyt Kasprowego Wierchu.

Teraz idziemy żółtym szlakiem i już od samego schroniska dookoła nas roztaczają się przepiękne widoki na  tatrzańskie szczyty. 

Pokrywa śnieżna nie jest jeszcze gruba, ponieważ przez śnieg przebija się kosodrzewina, a na otaczających nas szczytach gdzieniegdzie przebija szarość skał.

Podejście staje się coraz bardziej strome, a wydeptana ścieżka coraz węższa. Zaczynamy odczuwać, że zdecydowanie lepiej byłoby pokonywać ten fragment w rakach, jednak raczki są za słabe na takie podejścia.

Cały czas powoli pniemy się w górę, co jakiś czas zatrzymując się, aby podziwiać niesamowite widoki.

Idziemy wzdłuż wyciągu i stoku narciarskiego, jednak z powodu zbyt małej pokrywy śnieżnej, nie jest on jeszcze czynny. 

Im wyżej jesteśmy, tym coraz więcej chmur pojawia się nad szczytem. Pokonujemy ostatni stromy fragment i docieramy do Suchej Przełęczy znajdującej się na wysokości 1950 m n.p.m.

Niestety jesteśmy już w chmurach, także na widoki na drugą stronę nie ma co liczyć.

Po 1,5h wędrówki, odkąd wyruszyliśmy spod schroniska, docieramy na szczyt Kasprowego Wierchu. Jest tutaj zdecydowanie więcej ludzi, sporo z nich wyjeżdża tam i z powrotem kolejką, co można też zauważyć po ich ubiorze.

Czekamy chwilę, licząc na to, że być może wiatr rozgoni chmury, jednak narazie się na to nie zapowiada.

Na szczycie Kasprowego Wierchu znajduje się Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne zbudowane w 1983r. Jest to najwyżej położony budynek w Polsce.

Znajdziemy tu także górną stację kolejki linowej oraz restaurację. 

Rozważaliśmy nawet opcję zjazdu na dół kolejką, ale biorąc pod uwagę to, że samochód zostawiliśmy na parkingu w Brzezinach i jakoś musielibyśmy po niego dotrzeć, decydujemy się wrócić tą samą trasą.

Oczywiście jak to zwykle, kiedy zaczynamy schodzić, po chwili oglądając się za siebie, widzimy, że chmury się rozeszły i gdybyśmy poczekali kilka minut dłużej moglibyśmy coś zobaczyć ze szczytu. Nigdy nie wiadomo jednak ile musielibyśmy czekać…

Pod schronisko Murowaniec schodzimy dość sprawnie. Zatrzymujemy się na chwilę na ciepłą zupę, aby się rozgrzać. 

Spod schroniska schodzimy praktycznie marszobiegiem. Dobrą opcją w zimie jest też  „jabłuszko”, na którym możemy trochę szybciej pokonać niektóre fragmenty, oczywiście w miejscach, gdzie jest to bezpieczne.

Cała wycieczka zajęła nam ponad 5h i pod koniec odczuwaliśmy lekkie zmęczenie.

Spacer Doliną Suchej Wody pod schronisko Murowaniec nie jest wymagającym fragmentem i większość osób bez problemu będzie go w stanie pokonać nawet w zimie.

Jeśli chodzi o wyjście na Kasprowy Wierch było ono trudniejsze. Przed taką zimową wędrówką należy się wyposażyć najlepiej w raki, stuptuty i termos gorącej herbaty. Warto też pamiętać o tym, że warunki w górach mogą szybko się zmienić, a w zimie dużo łatwiej się zgubić, jeśli widoczność spada. Dodatkowo zawsze warto sprawdzić też zagrożenie lawinowe, jeśli planujemy wybrać się gdzieś wyżej. 

Natomiast zimowe widoki i klimat zrekompensowały nam cały wysiłek.

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://mapa-turystyczna.pl/

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect

Pieniny - Wysoka

Trasa: Wąwóz Homole – Wysoka – Schronisko pod Durbaszką – Jaworki

Dystans:  8,5 km

Przewyższenia: 572 m

Czas wędrówki: 3h 12min

Kolejny weekend przed nami, także jak zwykle sprawdzamy prognozę pogody.

Niedziela zapowiada się chłodno, aczkolwiek słonecznie, dlatego od razu zaczynamy szukać inspiracji na kolejną górską wycieczkę.

Od pewnego czasu zerkamy na szczyty znajdujące się w Koronie Gór Polski. Stąd też nasz wybór pada na Pieniny i szczyt Wysoka (1050 m n.p.m.)

Mamy końcówkę listopada, dzień jest coraz krótszy. Dlatego też staramy się wybierać krótkie trasy, żeby nie zrywać się zbyt wcześnie, a równocześnie mieć szansę na spokojny spacer, zanim zapadnie zmrok.

Wyjeżdżamy z Krakowa po 8 rano i po około 2 godzinach drogi docieramy na parking znajdujący się u wejścia do Wąwozu Homole.

Parking jest bardzo duży, o tej porze roku, mimo dość późnej godziny nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Opłata jest naliczana z każdą godziną parkowania.

Link do parkingu tutaj:  https://g.page/parkinghomole?share

Z parkingu musimy przejść około 200 m wzdłuż ulicy, następnie po prawej stronie docieramy do wejścia do Wąwozu oraz początku naszego zielonego szlaku.

W Wąwozie wędrujemy wzdłuż rzeki Kamionka i w bardzo urokliwych okolicznościach przyrody. Po drodze czeka na nas kilka metalowych kładek i schodów.

Dodatkowo ponieważ poprzedniego dnia padało, pod butami mamy pełno błota i śliskich kamieni. Na szczęście ten odcinek jest dość prosty, także przemieszczamy się trochę wolniej, ale cały czas do przodu.

Docieramy do Dolinki Dubantowskiej, na której znajduje się grupa skał „Kamienne księgi” – bardzo ciekawa formacja skalna. Są tutaj też stoliki, przy których można sobie chwile odpocząć.

Po około kilometrze docieramy do końca Wąwozu, tutaj szlak odbija w prawo. Kolejny kilometrowy odcinek pokonujemy lasem, tym razem jest to raczej płaska ścieżka.

Dalej wychodzimy w końcu z lasu na otwarte przestrzenie. Zaczynamy odczuwać mocniejsze podmuchy zimnego wiatru. Natomiast widoki, które ukazują się naszym oczom wszystko wynagradzają.

Od bazy namiotowej Pod Wysoką rozpoczynamy bardziej strome podejście. Dalej wchodzimy ponownie w las, a ścieżka staje się jeszcze bardziej stroma – cieszę się, że wybraliśmy ten kierunek i nie będziemy tędy schodzić. Przy obecnym błocie nie byłoby to zbyt przyjemne.

Docieramy do rozdroża i zmieniamy kolor szlaku na niebieski.

Dalej pnąc się w górę dochodzimy do kolejnego rozwidlenia, które wskazuje 15-minutowe podejście na sam szczyt. Jest ono również dość strome, natomiast po drodze znajdujemy tutaj platformy widokowe.

Największa platforma znajduje się na samym szczycie. Stąd też rozpościera się przepiękna panorama na Tatry, Trzy Korony oraz Babią Górę.

Koło tabliczki z nazwą szczytu, znajdziecie także skrytkę z pieczątką, którą możecie sobie przybić jako dowód zdobycia kolejnego szczytu z Korony.

Przez chwilę przyglądamy się spektaklowi, które tworzą chmury, przemieszczające się pomiędzy nami a podnóżem Tatr.

Jednak z powodu zimnego wiatru, po kilku minutach schodzimy z powrotem do rozdroża. Stąd kierujemy się dalej niebieskim szlakiem w stronę Schroniska pod Durbaszką.

Czekają tutaj na nas jeszcze dwa krótkie, strome zejścia i podejścia.

Natomiast dalej wędrujemy cały czas płaskim odcinkiem, aż docieramy do ogromnej polany z ławeczką. Tutaj też należy odbić ze szlaku, aby dotrzeć do Schroniska pod Durbaszką.

W schronisku zatrzymujemy się na mały deser – bardzo dobrą szarlotkę i gorącą herbatę. Dla spragnionych zimnego piwka w upalny dzień – schronisko nie sprzedaje alkoholu!

Niestety spod samego budynku nie ma zbyt spektakularnego widoku – także na dłuższą przerwę polecam zatrzymać się wcześniej.

Po krótkiej regeneracji ruszamy w dół drogą od schroniska – nie ma tutaj wyznaczonego konkretnego szlaku. Natomiast droga jest dość szeroka i przyjemna. Po około 2,5 km marszu docieramy z powrotem na parking.

Krótka, ale za to przepiękna wycieczka. Widoki z samego szczytu są niesamowite. Na trasie spotkaliśmy niewiele osób – zapewne ze względu na porę roku. Trasę oceniam jako raczej prostą – tak jak wspominałam, napotkacie tutaj kilka stromych podejść, ale nie są one takie złe.

Jest to dobra opcja na krótki, weekendowy spacer.

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://mapy.cz

Akita Ramen - japoński bulion

Restauracja: Akita Ramen

Adres: Węgłowa 4/LU 10, 31-063 Kraków

A może by tak trochę zaszaleć i spróbować zupełnie czegoś nowego?

Tym razem decydujemy się rzucić w nieznane i zasmakować japońskiej kuchni, a dokładniej ramenu.

Ramen jest to japońska zupa, mówiąc wprost: bulion z makaronem i różnymi dodatkami.

Nazwa pochodzi od chińskiego słowa określającego rodzaj pszennego makaronu i oryginalnie danie to pochodzi z Chin. Natomiast wariacje, które mamy okazje skosztować są to japońskie wersje tej zupy.

Ktoś mógłby sobie pomyśleć, co jest nadzwyczajnego w tym daniu? Przecież każdy zna doskonale smak polskiego, niedzielnego rosołu…

Gwarantuje Wam, że ramen smakuje zupełnie inaczej. Dużą rolę pełnią w nim także niezwykłe dodatki. A rodzajów i wariacji jest mnóstwo.

Skoro to nasz pierwszy raz, udaliśmy się do miejsca w Krakowie, które ponoć serwuje najlepszy – Akita Ramen.

Restauracja nie jest zbyt duża, za to bardzo klimatyczna. Przed nią zazwyczaj stoi kolejka – co świadczy o tym, że musi być dobrze.

Na szczęście posuwa się on dość szybko i po około 20 min oczekiwania, udaje nam się zająć miejsce.

Na początek zamawiamy Tsukemono set, czyli zestaw 5-ciu talerzyków, z różnymi przystawkami. Szybko otrzymujemy kolorowy zestaw, a w nim m.in. marynowana rzepa, imbir, soja, kimchi, wakame. 

Wszystkie smaki są ciekawe i smaczne.

Pobudziliśmy nasze kubki smakowe, więc bierzemy się za zamawianie ramenów.

Wybieramy Akita Ramen, Red Alert Tantan, Tricity Reunited oraz New wave shoyu vegan.

Podczas oczekiwania na dania, sympatyczny pan kelner przeprowadza nam krótkie szkolenie z posługiwania się pałeczkami. To było bardzo miłe z jego strony.

Ale przejdźmy do konkretów.

Akita Ramen – według mnie najmniej wyrazisty, ale warto go wybrać do spróbowania za pierwszym razem, ponieważ jest on najbardziej klasyczny.

Red Alert Tantan – polecam każdemu kto lubi „zabielane zupy” oraz masło orzechowe. Ciekawe połączenie smaków pikantnej mielonej wieprzowiny, w towarzystwie kapusty pekińskiej, sosu ostrygowego, chutney z czerwonej cebuli oraz masła orzechowego. Dla mnie dość mocno wyczuwalny sos sojowy, ale w smaku bardzo dobry.

Trictiy Reunited – mój faworyt! Pyszny wywar, bardzo delikatny, do tego kurczak w panko, wakame i dymka. Na pewno jeszcze po niego wrócę.

I ostatni wypróbowany przez nas – New wave shoyu vegan – wegetariański. Znajdziemy w nim boczniaki w panko, jarmuż oraz nori. Również delikatniejszy w samku i równie dobry.

Fajną opcją jest też możliwość dobrania sobie dodatków – np. pierożka wonton (nadziewany wołowiną, kolendrą i dymką) lub jajka marynowanego i wiele innych.

Polecam również spróbować lemoniady – mango z imbirem – jest przepyszna.

Wizytę oceniamy bardzo dobrze. Porcje są spore, więc zaspokoją nawet największego głodomora. Cena ramenu to około 30 zł, także nie jest bardzo wygórowana.

Polecam każdemu, kto jeszcze nie jadł – naprawdę warto spróbować!

Szlak na Małą i Wielką Rawkę - Bieszczady

Trasa: Wetlina – Dział – Mała Rawka – Wielka Rawka – Rzeczyca, parking

Dystans:  14,25 km

Przewyższenia: 753 m

Czas wędrówki: 4h 19min

Góry jesienią? W głowie pojawia się tylko jedno skojarzenie – Bieszczady.

W tym roku udało nam się dotrzeć tu w październiku i doświadczyć tych niesamowitych bieszczadzkich kolorów.

Jednym z pozytywnych zaskoczeń tego wyjazdu był szlak na Małą i Wielką Rawkę.

Byłam tam już kilka razy, ale tym razem wybrana trasa okazała się strzałem w dziesiątkę.

Wycieczkę rozpoczynamy zielonym szlakiem, niedaleko przystanku Wetlina, Rawka. W tym miejscu, przy wejściu na szlak, nie ma niestety parkingu. Znajduje się tutaj jedynie budka, w której można kupić bilety do wejścia do parku.

Dlatego też najbardziej polecam podjechać sobie busem. Wtedy odpada też problem powrotu w to samo miejsce po samochód.

Ruszamy dokładnie stąd: https://goo.gl/maps/32wQyZSCjPQwW9ea8

Zielony szlak wchodzi od razu w las – początkowo są to dość gęste zarośla.

Poprzednie dni były raczej deszczowe, także mamy do pokonania kilka błotnistych fragmentów.

Na szczęście po drodze jest wiele kładek i mostków.

Po przejściu krótkiego fragmentu, widzimy przed sobą całkiem strome podejście, pełne schodków.

Atakujemy!

Pomimo wysiłku, okoliczności przyrody są tak piękne, że więcej uwagi poświęcamy temu niż zmęczeniu. Otacza nas bowiem dywan czerwonych liści.

Po pokonaniu około 200 m przewyższenia, robi się już spokojniej. Wychodzimy z lasu, gdzie zaczynają się otwierać piękne widoki na góry i jeszcze intensywniejsze kolory.

Cały czas wędrujemy wśród intensywnej czerwieni borówek, traw charakterystycznych dla bieszczadzkich połonin, a przed nami niesamowicie przebarwione drzewa.

Szlak teraz biegnie całkiem łagodnie, cały czas poruszamy się wąską ścieżką, a oczy mamy dookoła głowy. 

Dodatkowym atutem tej trasy jest to, że nie ma tutaj praktycznie ludzi. Spotykamy na szlaku pojedyncze osoby, mimo że jest to weekend.

Zazwyczaj ludzie idąc na Rawki wybierają krótsze szlaki – zielony z Przełęczy Wyżniańskiej, bądź niebieski z Ustrzyk Górnych.

Ja bardzo się cieszę, że wybraliśmy ten dłuższy, zielony szlak prowadzący przez Dział.

Droga biegnie na przemian lasem i długimi polanami.

Błękit nieba, piękne słońce, złota polska jesień i łagodność trasy sprawiają, że jesteśmy zachwyceni.

Po około 7 km ukazuje się nam niewielkie podejście na Małą Rawkę.

Dalej na prawo, widzimy Wielką Rawkę, cel naszej wycieczki.

Wychodzimy na szczyt Małej Rawki (1267 m n.p.m.), gdzie zaczyna strasznie wiać – także szybkie zdjęcie i lecimy dalej, żeby znaleźć sobie jakieś miejsce osłonięte od wiatru.

W drodze na Wielką Rawkę otwierają się dookoła nas kolejne widoki. Nadal zachwycają nas barwy lasów porastających bieszczadzkie pagórki.

Ludzi tutaj już trochę więcej, ale nadal nie tak dużo, jak poprzedniego dnia na Tarnicy. 

Także może po prostu jest to mniej popularne miejsce  w Bieszczadach. 

Znajdujemy fajne miejsce trochę poniżej szlaku i wyciągamy nasze super „poddupniki” zakupione w Decathlonie za 15 zł – jeśli ktoś jeszcze nie ma – mega polecam. Teraz to mój nieodłączny element górskich wędrówek.

Czas na gorącą herbatę i kanapkę – w takich okolicznościach wszystko smakuje przecież najlepiej.

Po dłuższej przerwie ruszamy w dół.

Zejście jest dość strome – początkowo widokowe, po dużej ilości schodów. Dalej wchodzimy w las, gdzie trzeba uważać na śliskie korzenie i kamienie.

Tutaj także idziemy praktycznie sami. Aż zaczynają się pojawiać myśli, czy zaraz gdzieś nie wylezie na nas jakiś niedźwiadek…

Na szczęście cało i zdrowo docieramy do parkingu, skąd odbiera nas kolega. Można też podejść stąd do Ustrzyk Górnych.

Trasę oceniamy jako jedną z piękniejszych w Bieszczadach, zdecydowanie wartą przejścia, szczególnie w jesiennych okolicznościach.

Poziom trudności oceniłabym jako łatwy – w sumie czekało na nas jedno strome podejście, a później już tylko bardziej strome zejście z samej Wielkiej Rawki.

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://mapa-turystyczna.pl/

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect

Śnieżka - najwyższy szczyt w Karkonoszach i Sudetach

Trasa: Świątynia Wang – Pielgrzymy – Słonecznik – Śnieżka – Schronisko Samotnia – Świątynia Wang

Dystans:  21,00 km

Przewyższenia: 883 m

Czas wędrówki: 6h 11min

Jeżeli ktoś wpadnie na pomysł wycieczki na Śnieżkę, będzie miał niemałą zagwozdkę, którędy tam się wybrać. Na ten najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów, prowadzi bowiem bardzo dużo szlaków.

Opiszę Wam jedną opcję, która po przeszukaniu kilkunastu stron w Internecie, pojawiała się jako  najbardziej ciekawa i widokowa.

Nasza trasa rozpoczyna się pod Świątynią Wang – co ciekawe, kościół ten powstał w Norwegii, następnie został rozebrany i przewieziony po wielu perypetiach na Śląsk.

Stamtąd ruszamy szeroką, brukowaną drogą, która początkowo pokrywa się z niebieskim szlakiem.

Natomiast, aby uniknąć tłumów i trochę nudnego podejścia – będziemy trzymać się żółtego szlaku.

Po krótkim podejściu docieramy do rozwidlenia szlaków i odbijamy na prawo w las.

Idziemy około kilometra, aby znowu połączyć się z niebieską trasą.

Na szczęście, po krótkim odcinku oraz kontroli biletów, ponownie odbijamy w prawo. Zaczynamy delikatną wspinaczkę, poprzez kładki oraz kamienne schody.

Pierwszym naszym przystankiem są niesamowite formacje skalne – Pielgrzymy.

Zostajemy tam na chwilę, aby dokładniej przyjrzeć się tym niesamowitym kształtom.

Następnie ruszamy dalej, gdzie czeka na nas kolejna atrakcja – Słonecznik.

Aby do niego dotrzeć, pokonujemy kolejne przewyższenia. Za naszymi plecami ukazuje się przepiękna panorama. Ponieważ jednak zachmurzenie jest dość spore, trzeba utrafić moment, kiedy chmury się na chwile rozstępują.

Im wyżej jesteśmy, tym widoczność się zmniejsza.

Docieramy w końcu pod Słonecznik, co ciekawe swoją nazwę wziął on od tego, że słońce nad skałą wskazywało mieszkańcom południe.

Krótka przerwa na ciepłą herbatę i kanapkę i ruszamy dalej.

Teraz przed nami dość spokojny, około 5 km odcinek – czerwonym szlakiem. Mijamy niesamowity Kocioł Wielkiego Stawu, a otaczają nas polany pełne wrzosów. Mimo braku słońca jest pięknie.

Przechodzimy także koło widoku na Mały Staw i Schronisko Samotnia, do których dotrzemy w drodze powrotnej.

Szlak ten jest obfituje w widoki zarówno na polską jak i czeską stronę.

Docieramy ponownego połączenia ze szklakiem niebieskim, gdzie od razu widać dużo większą ilość ludzi. Nareszcie też z chmur wyłania się cel naszej podróży – Śnieżka.

Przed samym podejściem na szczyt mijamy Dom Śląski, przy którym panuje niemałe zamieszanie, ponieważ jest tutaj informacja, że na szczycie toalety i restauracja są zamknięte.

Idziemy jednak dalej, licząc na to, że trafimy na okno pogodowe i widoki z góry. Szczyt atakujemy czerwonym szlakiem – krótszym, z licznymi zakosami. Co chwilę mijamy platformy widokowe.

Po chwili docieramy na górę i ku naszemu rozczarowaniu wchodzimy w gęstą białą chmurę. Za nami majaczy kosmiczne obserwatorium meteorologiczne.

Decydujemy się posiedzieć chwilę u góry z nadzieją na rozstąpienie się chmur.

Niestety po 30 min z małymi przebłyskani, przewiani z każdej możliwej strony, stwierdzamy, że nie ma sensu i udajemy się w dół niebieskim, łagodniejszym szlakiem.

Oczywiście w momencie jak docieramy z powrotem pod Dom Śląski, nagle chmury na szczycie się rozstępują i na parę minut pojawia się niesamowita widoczność. No ale cóż, nie będziemy się wracać…

Zresztą po kilku minutach Śnieżka ponownie zostaje powita w chmurach.

Schodzimy dalej niebieską trasą, która przechodzi koło dwóch schronisk – Strzecha Akademicka oraz Schronisko Samotnia.

To drugie nas zachwyca. Jest położone na uboczu, w niesamowitym otoczeniu przepięknych skał, nad Małym Stawem.

Sama architektura schroniska jest też bardzo ciekawa, nie przypomina ono innych schronisk znanych mi z Tatr czy Beskidów.

Wchodząc do środka, czuje się tam domowe ciepło. Posilamy się ciepłą zupą oraz smacznym piwem, które jak zwykle najlepiej wchodzi po wysiłku.

Jest to jeden z ładniejszych fragmentów tej trasy. Schodzimy dalej, cały czas po brukowanej drodze, trzymając się tym razem niebieskiego szlaku. W ten sposób docieramy z powrotem do punktu startowego – Świątynia Wang.

Cała wycieczka jest dość długa – trasa liczy bowiem 21 km. Jest jednak dosyć lekka i przyjemna. W bardzo łatwy sposób można zdobyć najwyższy szczyt w Karkonoszach i Sudetach.

Na całej trasie mamy dwa podejścia – na początku pod Słonecznik, następnie dopiero przed samym masywem Śnieżki.

Polecam wybrać się na tę wycieczkę, szczególnie przy ładnej pogodzie – podobno widoki ze szczytu są piękne… No cóż, może następnym razem.

Poniżej trasa wyznaczona na portalu: https://mapa-turystyczna.pl/

Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Przewiń na górę