Kolejny wpis z cyklu – odkrywamy niesamowite Beskidy!
Tym razem zabieram Was na wycieczkę po Beskidzie Sądeckim. Dla spragnionych pomysłów na inne trasy w tym paśmie – odsyłam do poprzedniego wpisu: Zimowe wejście na Turbacz
Tym razem za cel naszej wycieczki obraliśmy najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową oraz leżącą nieopodal Przehybę.
Trasa ta była jedną z pierwszych wycieczek w góry, na które zabrał mnie tata i gdzie złapałam górskiego bakcyla.
Wyruszyliśmy z Krakowa o 7 rano. Przed nami było około 2h drogi, a potem czekała nas całodniowa wędrówka.
Szukając dzień wcześniej szlaków prowadzących na Radziejową, wszyscy jednoznacznie wskazywali czerwony szlak prowadzący z Rytra. Najdłuższy, a zarazem najbardziej malowniczy. Jest to też fragment GSB – Głównego Szlaku Beskidzkiego.
Dojechaliśmy do Rytra, pod dworzec PKP, gdzie zostawiliśmy samochód. Parking jest darmowy i niewielki, jednak bez problemu znaleźliśmy wolne miejsce.
Ubraliśmy buty, przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy.
Trasa rozpoczyna się na wysokości 350 m n.p.m. Najpierw biegnie asfaltową drogą, wśród domostw i wyżej wśród soczystych, zielonych łąk.
Co ciekawe szlak od samego początku wita nas ostrym, długim podejściem.
Mimo, że dzień nie jest zbyt upalny, idąc w górę wśród traw, czujemy jak ziemia oddaje ciepło. Nie możemy się doczekać, aż w końcu wejdziemy do lasu, aby znaleźć trochę cienia.
Widoki są bajeczne, a szczególnie te za naszymi plecami, więc polecam od czasu do czasu oglądnąć się za siebie.
Ścieżka zmienia się z asfaltu, w drogę szutrową, a potem wąską dróżkę biegnącą pośród traw, prosto do lasu.
Szlak jest bardzo dobrze oznakowany. Wchodzimy do lasu, gdzie zaznajemy trochę chłodu.
Teraz droga na zmianę biegnie przez las i przez słoneczne polany.
Po około 5 km wspinaczki, docieramy docieramy na Kordowiec, znajdujący się na wysokości 762 m n.p.m. Tak więc 400 m przewyższenia za nami.
Mijamy tutaj starą drewnianą chatę oraz kilka osób wieszających kapliczkę. Idziemy dalej, by po przejściu kolejnego fragmentu przez las zauważyć kolejne chaty, przy których pasą się owce.
Dodatkowo słyszymy tutaj najpiękniejszy koncert świerszczy. Aż chciałoby się zatrzymać tutaj na dłużej…
Kolejnym ciekawym punktem jest pomnik upamiętniający szkołę podstawową, która się kiedyś tutaj mieściła.
W dalszej części trasy naszym oczom ukazuje się borówkowy raj. Są one dosyć kwaśne, ale zupełnie nam to nie przeszkadza.
Wreszcie docieramy na Niemcową 1001 m n.p.m – przekroczyliśmy 1000 m, więc teraz będzie już prościej. Przynajmniej taką mamy nadzieję.
Kamienista droga prowadzi nas nadal naprzód. Co jakiś czas widzimy znaki ostrzegawcze dla narciarzy biegowych. Pierwszy raz spotykam takie na szlaku.
Następnym punktem naszej trasy jest Wielki Rogacz.
Mamy już za sobą 10 km oraz 800 m przewyższenia i jak dotąd na szlaku mijaliśmy pojedyncze osoby.
Nagle widzimy całe grupy ludzi. Wszystko za sprawą dochodzącego tutaj niebieskiego szlaku z Obidzy, który jest najprostszym i najbardziej popularnym szlakiem prowadzącym na Radziejową.
Cieszymy się, że obraliśmy mniej uczęszczany szlak.
Co więcej, w tym miejscu nareszcie otwierają się widoki na Tatry, które majestatycznie wyrastają znad dużo niższych pagórków.
Przed nami, gdzieś wśród drzew, znajduje wieża widokowa na Radziejowej, do której zmierzamy.
Końcowe podejście jest mało przyjemne, dość strome i kamieniste.
Pokonujemy ostatnie 100 m przewyższenia i nareszcie docieramy na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową 1262 m n.p.m.
Sam szczyt znajduje się w lesie, ale całkiem niedawno powstała tutaj wieża widokowa, na którą można wejść za darmo.
Z góry roztaczają się przepiękne widoki na Tatry oraz na wszystkie strony.
Krótki odpoczynek, ruszamy dalej. Powoli robimy się głodni. W końcu kolejnym naszym celem jest schronisko na Przehybie.
W tej części widoki są jeszcze piękniejsze. Chociaż jest tutaj też sporo drzew zniszczonych prawdopodobnie przez jakąś wichurę.
Na horyzoncie majaczy przekaźnik na Przehybie – piwo i jedzenie coraz bliżej!
Po około 5 km przyjemnej wędrówki – na tym odcinku trasa jest raczej płaska – docieramy do schroniska na Przehybie.
Trzeba jeszcze chwile poczekać w kolejce, aby złożyć zamówienie. Za to już za chwilę rozsiadamy się na tarasie z widokiem na Tatry, z pysznym, zimnym, lokalnym piwem.
Dłuższa przerwa, ładujemy akumulatory, aby zaraz wyruszyć w drogę powrotną do Rytra, tym razem niebieskim szlakiem.
Przed nami około 10 km marszu.
Cofamy się kawałek do Rozdroża pod Wielką Przehybą i odbijamy tym razem na niebieski szlak.
Droga powrotna biegnie głównie przez las. Sporo jest stromych kamienistych zejść, a co jakiś czas wychodzimy na otwarte polany, gdzie możemy ostatni raz spojrzeć na otaczające nas pagórki.
Tutaj znowu ludzi jest niewiele, część trasy jest dość mocno zarośnięta i czasem musimy się przedzierać przez krzaki.
Ostatecznie wychodzimy z lasu na asfaltową drogę, którą idziemy jeszcze 5 km przez miasto, aby dotrzeć z powrotem do samochodu.
Ten odcinek jest chyba najbardziej męczący – powrót na asfalt jest dość bolesny dla stóp, po tylu kilometrach.
Cała trasa zajęła nam około 7,5h – samego marszu. Przeszliśmy prawie 29 km i pokonaliśmy ponad 1000 m przewyższenia.
Trasa nie należy do najprostszych, jest dość długa i pokonuje się sporą wysokość. Natomiast potwierdzam, że jest bardzo malownicza i cieszę się, że ją wybraliśmy.
Polecam każdemu, kto szuka pomysłu na całodniową wycieczkę i nie boi się odległości.
Dla tych, którzy wolą krótsze i łatwiejsze wycieczki, sugeruję sprawdzić trasę od Obidzy.
Tym razem coś dla miłośników pizzy neapolitańskiej!
Całkiem niedawno otwarta w Krakowie pizzeria Olio, która znalazła się w czołówce mojego rankingu.
Pizzeria znajduje się na krakowskim Podgórzu, niedaleko Kładki Ojca Bernatka.
Pierwszy lokal powstał w Gliwicach, a teraz postanowili podbić krakowskie podniebienia. Co zresztą wychodzi im całkiem dobrze.
Za pierwszym razem odwiedziliśmy to miejsce w piątek wieczorem. Lokal był pełny – zarówno w środku jak i na zewnątrz.
Na szczęście udało nam się bardzo szybko znaleźć stolik.
Design we wnętrzu robi spore wrażenie. Chociaż na pierwszy rzut oka powiedziałabym, że to cukiernia, a nie pizzeria. Wszystko jest spójne i dopracowane w najmniejszym detalu.
Oprócz standardowej karty menu, otrzymaliśmy także dodatkową, na której widniały propozycje sezonowe – oznaczone jako top.
W menu można znaleźć również objaśnienia do praktycznie każdego składnika.
Po konsultacji z bardzo sympatycznym panem kelnerem zamówiliśmy pizzę ze szparagami oraz pizzę z roast beef’em.
Dodatkowo, zgodnie z poleceniem, wzięliśmy lemoniadę lawendowo – melonową oraz drinka Hugo. Obie propozycję były bardzo dobre i pozytywnie zaskoczyły nas swoim wyglądem.
Bardzo fajnym rozwiązaniem jest też sposób podania sztućców oraz umieszczenia kwiatów na stole – w ogromnych puszkach prawdopodobnie po pomidorach.
Dodatkowo można też na nich znaleźć instrukcję jedzenia pizzy neapolitańskiej.
Za pierwszym razem na samą pizzę czekaliśmy około 40 min, ale widać było, że ruch jest bardzo duży.
Jak w końcu dotarły na nasz stół – stwierdziliśmy, że warto było czekać.
Pyszne ciasto, niesamowity sos pomidorowy, ilość składników także powalała – roast beef pokrywał praktycznie całą pizzę.
Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni smakiem
Podczas kolejnej wizyty również zastaliśmy pełny lokal, tym razem jednak czas oczekiwania był dużo krótszy.
Spróbowaliśmy kolejnych pozycji – pizza z kurkami oraz NO.8 ze stałego menu z włoskim salami, pikantnym specjałem z mięsa wieprzowego oraz kremowym serkiem. Po obu wizytach, ta druga jest zdecydowanie naszym faworytem.
Dodatkowo ponownie zamówiliśmy lemoniadę lawendowo – melonową. Trzeba korzystać, póki mamy sezon na lawendę.
Jeżeli chodzi o ceny, może nie są one najniższe. Za pizzę zapłacimy około 30 – 40 zł. Jednak warto, ponieważ można wyczuć, że składniki są bardzo dobrej jakości.
Drinki i inne napoje są raczej w standardowych cenach.
Pizzeria Olio jest to kulinarne miejsce na mapie Krakowa, które zdecydowanie warto odwiedzić!
A dla wszystkich pizzowych łasuchów mieszkających w Trójmieście lub wybierających się tam na urlop, polecam zajrzeć do wpisu o najlepszej pizzy w Trójmieście:
Kolejny wpis z cyklu – odkrywamy niesamowite Beskidy!
Tym razem zabieram Was na wycieczkę po Beskidzie Śląskim. Wszystkich zainteresowanych kolejnymi beskidzkimi inspiracjami odsyłam do wpisu Beskidy: Hala Rysianka
Widząc jak wielu „Beskidomaniaków” dodaje zdjęcia z wycieczek na Malinowską Skałę i Skrzyczne, postanowiliśmy osobiście sprawdzić, co kryje się w tych nieznanych nam wcześniej miejscach.
Pomimo weekendu, wakacji oraz dość późnej pory, nie mieliśmy problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Zostawiliśmy więc samochód, zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Malinowskiej Skały.
Początkowo szlak biegnie drogą asfaltową wśród drzew, a wzdłuż drogi płynie potok Leśnianka.
Ku naszemu zaskoczeniu, odcinek szlaku, który pokonuje się asfaltem stanowi aż jedną czwartą długości całej trasy. Kilka razy sprawdzaliśmy czy aby na pewno nie przegapiliśmy jakiegoś skrętu…
Na szczęście po około 4 km wędrówki nareszcie trasa obija w prawo na kamienistą ścieżkę. Raczej ciężko jest tego nie zauważyć, ponieważ znajdują się tam co najmniej 3 oznaczenia żółtego szlaku.
Od tego momentu zaczyna się podejście na Malinowską Skałę, nie jest ono bardzo strome, jednak można się zmęczyć. Ponieważ dzień wcześniej sporo padało, początkowo naszą ścieżką wśród kamieni spływa woda i jest sporo błota. Jest to jednak niewielki kawałek.
Na szlaku jest dosyć pusto. Mijane osoby można zliczyć na palcach jednej ręki. Co ciekawe, spotykamy najwięcej biegaczy i rowerzystów.
Kiedy wychodzimy ponad poziom lasu, naszym oczom ukazują się majaczące w oddali pagórki. Niestety widoczność jest dość słaba, więc jesteśmy w stanie zobaczyć tylko te najbliższe.
Wspinamy się dalej. Słońce nam przygrzewa, ale towarzyszą nam też delikatne powiewy wiatru. W porównaniu z upałami w mieście, jest przyjemnie.
Dochodzimy do drogowskazu „Pod Malinowską Skałą”, gdzie spotyka się klika szlaków. Chwila konsternacji pod znakiem… W tym momencie mija nas sympatyczny pan biegacz, który krzyczy: „Drużyna za mną!” – no to lecimy 😊 Idziemy dalej zielonym szlakiem.
Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się Malinowska Skała (1152 m n.p.m.) w ciekawy sposób wysunięta ze zbocza. Oczywiście oblegana z każdej strony przez piechurów.
Robimy krótką przerwę na jogurt z bananem i jagodami. Dochodzimy do wniosku, że faktycznie wschody słońca mogą być stąd piękne. Dodatkowo przy dobrej widoczności zapewne jest tu jeszcze ładniej, szczególnie kiedy widać Tatry.
Ruszamy dalej. Drogowskaz pokazuje 1h 20 min. W oddali majaczy kolejny cel naszej podróży – Skrzyczne, gdzie znajduje się również schronisko. W tej chwili jednak widzimy jedynie maszt z anteną.
Trasa jest bardzo przyjemna. Najpierw schodzimy kawałek w dół, aby za chwilę zacząć delikatną wspinaczkę na Skrzyczne. I tutaj ciekawostka: Skrzyczne (1257 m n.p.m) jest najwyższym szczytem w Beskidzie Śląskim i należy do Korony Gór Polski!
Podążamy szutrową ścieżką, wijącą się wśród soczystej zieleni. Gdzieniegdzie widać pojedynczo sterczące drzewa lub same ich pnie.
W pewnym momencie słyszymy gdzieś w oddali dźwięk pasterskich dzwonków. Chwilę dalej, dochodzimy pod stację wyciągu na Małym Skrzycznem i zauważamy całe stado owiec wraz z wypasającym je bacą.
Tutaj także zaczyna się trasa rowerowa (singletrack) – Zbój. Wiele osób wyjeżdża z rowerami wyciągiem i dalej ruszają właśnie między innymi tą trasą.
Kawałek dalej docieramy na szczyt, na którym znajduje się ogromny masz z antenami. Po prawej stronie widzimy dach schroniska oraz wystawione przed nim parasole.
Tutaj ludzi jest bardzo dużo, ciężko znaleźć wolne miejsce. Po pierwsze bliskość wyciągu, a po drugie schronisko, przyciąga wielu turystów.
Zamawiamy bardzo treściwy żurek – cena to 20 zł oraz regionalne piwo z Cieszyna. Zimne, kwaśne z dodatkiem mango jest idealnym orzeźwieniem.
Wokół schroniska rozciągają się przepiękne panoramy. Dla lubiących spokój, polecam rozłożyć się na trawie kawałek poniżej schroniska.
Posileni, nogi trochę odpoczęły, postanawiamy więc ruszać w dół do samochodu.
Schodzimy niebieskim szlakiem, do parkingu Lipowa, Ostre. Pierwszy fragment trasy to strome zejście po kamienistej ścieżce. Po lewej stronie rozpościera się niesamowity widok na Żywiec i Jezioro Żywieckie oraz pływające po nim żaglówki.
Następnie wchodzimy do lasu i już do samego końca schodzimy do parkingu trasą, która na zmianę jest kawałek płaska, a za chwile zamienia się w ostrzejsze zejście w dół.
Jesteśmy zadowoleni, że podchodziliśmy od drugiej strony, ponieważ wyjście tamtędy może jest i dłuższe, ale na pewno też łagodniejsze.
Na końcu wychodzimy z lasu na asfalt, gdzie uderza nas fala gorącego powietrza. Jednak u góry było trochę chłodniej… Do auta docieramy po około 500 metrach.
Całą wycieczkę oceniamy jako bardzo malowniczą i sympatyczną. Poziom trudności jest raczej łatwy. Dla osób, które nie chcą się męczyć wychodzeniem pod górę, fajną opcją jest wyjechanie wyciągiem na Skrzyczne i przejście się w stronę Malinowskiej Skały.
Na pewno jeszcze tu wrócimy, żeby załapać się na lepszą widoczność, a kiedyś może i na wschód słońca.
Tym razem zabiorę Was w podróż po pięknym, pustym, dziewiczym Podlasiu.
Pierwszy raz dotarliśmy w tak odległy dla nas zakątek Polski. I to całkowicie przez przypadek, szukając destynacji na kilka dni, przed urlopem na Mazurach.
Wybraliśmy się w okolice Suwałk, a dokładniej do miejscowości Rosochaty Róg. Odkryliśmy tam niesamowite miejsce – Siedlisko Wigry, które z ręką na sercu mogę polecić każdemu.
Znajduje się ono w Wigierskim Parku Narodowym i ma dostęp do jeziora Wigry.
Tam też zrodził się pomysł, aby zrealizować trasę rowerową wokół jeziora Wigry, która była najczęściej wymienianą na blogach podróżniczych oraz w przewodnikach
Trasę rozpoczynamy z Rosochatego Rogu i zgodnie ze wskazówką właściciela, jedziemy w kierunku Czerwonego Folwarku. W trakcie wycieczki byliśmy bardzo ukontentowani, że posłuchaliśmy tej rady – w drugą stronę mielibyśmy dużo więcej nieprzyjemnych podjazdów.
Początkowo jedziemy drogą szutrową, którą zaraz dojeżdżamy do asfaltu. Dookoła tylko błękit nieba, puste ulice i soczysta zieleń łąk.
Już na samym początku rzuca nam się w oczy, że trasa jest bardzo dobrze oznakowana. Praktycznie na każdym zakręcie znajdują się drogowskazy. Bardzo nam to odpowiada, ponieważ zamiast na trasie, możemy skupić się na pochłanianiu natury.
Ponownie zjeżdżamy na polną ścieżkę, a w tle za drzewami majaczy mieniąca się w słońcu tafla jeziora.
Po drodze mijamy kilka drewnianych mostów – pierwszy biegnący pomiędzy Jeziorem Postaw oraz Jeziorem Wigry. W tym miejscu polecam odbić w lewo, do Klasztoru Kamedułów. My niestety przegapiliśmy skręt, a ponoć warto go odwiedzić. Znajduje się tam również punkt widokowy
Następnie wjeżdżamy do lasu, a naszym oczom ukazują się zawiłe drewniane kładki, które pomagają przejechać suchą nogą, nawet po większych deszczach. Domyślam się, że są to tereny podmokłe i bardzo często jest tam pełno błota. Dlatego też to rozwiązanie zostało świetnie przemyślane.
Ponownie wyjeżdżamy na drogę szutrową biegnącą wśród łąk. Słońce nam niesamowicie przygrzewa, ale też nie przeszkadza w podziwianiu krajobrazów. Naszym oczom ukazuje się stado koni, kryjące się w cieniu jedynego drzewa. W momencie kiedy chciałam podejść bliżej, żeby je sfotografować, jeden z nich rusza na mnie galopem, więc z duszą na ramieniu ruszamy dalej przed siebie.
I znów znajdujemy się na leśnej ścieżce. Jedzie się nią bardzo przyjemnie, ponieważ można zaznać nieco cienia. Po kilku kilometrach docieramy nad Jezioro Muliczne – bardzo czyste i kameralne.
Myślę, że śmiało można się w nim trochę ochłodzić. Robimy sobie tutaj krótką przerwę.
Kolejnym interesującym punktem, przy którym warto się na chwilę zatrzymać, jest cmentarz byłej wsi Słupie. Pochowano tam mieszkańców wsi Słupie, którzy zmarli podczas epidemii cholery. Znajduje się on w środku lasu.
W tym miejscu zbaczamy też na chwilę z głównego szlaku, do punktu widokowego nad Jeziorem Długim Wigierskim. Kolejne bardzo sympatyczne, zaciszne miejsce z pomostem.
Wracamy z powrotem na szlak, kierujemy się ponownie leśną drogą. Naszym oczom ukazuje się kolejny pomost, tym razem otoczony starymi łódkami, które tworzą niesamowity klimat. Tutaj także znajduje się parking, gdzie można zostawić samochód.
Jedziemy dalej. Jesteśmy już trochę przegrzani, a ponieważ zbliżamy się do połowy naszej trasy, decydujemy się zrobić przerwę na kąpiel. Padło na plażę u Jawora, gdzie znajduję się dogodne wejście do jeziora wraz ze skrawkiem zieleni. Można sobie tu poleżeć na kocu, bądź na hamaku pomiędzy drzewami.
Oczywiście wystarczyło chwilę popływać, aby się schłodzić i mózg od razu dostarczył nam sygnał, że czas na obiad.
Dalszy fragment trasy przebiegał przez polne i leśne szutry. Dodatkowo pojawiła się także kolejka wąskotorowa, zdaje się, że nadal czynna.
Po około 10 km docieramy do cywilizacji i zatrzymujemy się na obiad. Zimny, lokalny cydr wchodzi jak złoto. Dodatkowo pyszny chłodnik i sielawy z patelni. W końcu trzeba mieć siłę, na kolejne 15 km!
Posileni, odbijamy ponownie z asfaltu na szutrową drogę polną. Kolejnym przystankiem jest wieża widokowa w Kruszniku. Niestety akurat jest zamknięta, o czym świadczy wielki napis – świeżo malowane!
Ale nie szkodzi, spod wieży widoki są równie piękne.
Kolejnym punktem naszej wycieczki, który także polecił nam gospodarz jest plaża Piaski – nie mylić z tą nad Morzem Bałtyckim 🙂
Niestety tak jak ostrzegał, faktycznie o tej porze roku, przez dopychający wiatr, cały syf z jeziora gromadzi się przy brzegu. Także woda nie zachęcała do kąpieli, ale ponoć w wakacje, jest to bardzo klimatyczne miejsce na plażowanie.
Powoli zbliżamy się do końca naszej wycieczki i jesteśmy nią zachwyceni. Na szlaku nie było praktycznie ludzi, spotykaliśmy pojedyncze osoby na rowerach. Tylko cisza, spokój i natura.
Cała trasa jest niesamowicie zróżnicowana, zarówno pod względem nawierzchni, jak i widoków. Nie da się też na niej zgubić, co kawałek mijaliśmy drogowskazy, albo oznaczenia. Polecamy jechać w tym samym kierunku, ponieważ w drugą stronę droga wydaje się mieć więcej podjazdów.
Jesteśmy zachwyceni Podlasiem, Wigierskim Parkiem Narodowym i polecamy pojechać tam chociaż raz każdemu. Jest to całkiem inny rodzaj wypoczynku, szczególnie jeśli ktoś chce odpocząć od miejskiego zgiełku. Czas płynie tam zdecydowanie wolniej, a priorytety się zmieniają.
Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect
Beskidy – polskie pasmo górskie, równie piękne, a mam wrażenie, że wciąż niedoceniane. Zazwyczaj mówiąc o wakacjach w górach przychodzą nam na myśl Tatry lub Bieszczady.
Dlatego też dzisiaj postaram się przybliżyć Wam niesamowite miejsce w Beskidzie Żywieckim – Hala Rysianka.
Na wycieczkę wybraliśmy się w ostatni weekend sierpnia. Dzień nie zapowiadał się upalnie, co nas w sumie cieszyło.
Z Krakowa wyjechaliśmy z samego rana, czekało nas około 2h jazdy. Przeczytaliśmy, że samochód można zostawić na bezpłatnym parkingu w miejscowości Żabnica, skąd wychodzą szlaki zarówno na Halę Rysiankę, jak i na Halę Boraczą.
Niestety parking ten jest dość mały, ale udało nam się zająć ostatnie miejsce. Zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy w trasę
Wybraliśmy zielony szlak, który bezpośrednio prowadzi na Halę Rysiankę.
Początkowy odcinek trasy biegnie asfaltem. Po drodze mijamy kapliczki oraz różne ciekawe zabudowania.
Naszą uwagę przykuwa mała drewniana chata, obwieszona jarzębiną, która wygląda niesamowicie.
Po przejściu ponad kilometra, nareszcie asfalt się kończy i szlak odbija w las. Okazuje się jednak, że czeka nas dość strome podejście, kamienistą drogą.
Po niemałym wysiłku, pojawia się płaski odcinek. Łapiemy więc chwilę oddechu, aby zaraz zacząć się wspinać ponownie.
Na szczęście zaraz wychodzimy ponad poziom lasu i naszym oczom zaczynają ukazywać się widoki. Ścieżka jest wąska i zarośnięta, ale dość przyjemna. Na szklaku nie ma zbyt wielu ludzi, co nas w sumie trochę dziwi, ale też zupełnie nie przeszkadza.
Nadal pniemy się w górę, aż docieramy do Hali Pawlusia. Stąd pozostaje nam około 20 min, aby dotrzeć do celu naszej wycieczki.
Nareszcie po około 1h 20 min trekkingu naszym oczom ukazuje się Hala Rysianka wraz ze znajdującym się tutaj Schroniskiem Górskim „Rysianka”.
W schronisku można wynająć sobie pokój, a także zarezerwować miejsce na polu namiotowym. Organizowane są tam też różne wydarzenia, m.in. śpiewogrania.
W schronisku kupujemy piwo z lokalnego beskidzkiego browaru rzemieślniczego, które jest bardzo smacznym orzeźwieniem po wysiłku.
Rozsiadamy się na hali, aby się posilić i chwilę odpocząć.
Jeśli chodzi o samo miejsce – Hala Rysianka znajduję się na wysokości 1322 m n.p.m. i jest bardzo widokowa. Przy dobrej pogodzie widać stąd Tatry oraz Babią Górę. Z powodu zachmurzenia, niestety nie udaje nam się ich zobaczyć, ale miejsce jest piękne.
Dlatego też polecam zarezerwować sobie czas na dłuższą przerwę na hali.
Ponieważ wiatr zaczyna się wzmagać i pojawia się coraz więcej ciemnych chmur, decydujemy się ruszać z powrotem. Nie chcemy jednak wracać tą samą trasą, chociaż oczywiście najlepiej byłoby zejść do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.
Znajdujemy szlak prowadzący przez Halę Lipowską oraz Halę Boracza, który schodzi dalej do Żabnicy. Ruszamy więc w drogę powrotną.
Do Hali Lipowskiej znajdującej się na wysokości 1324 m n.p.m. docieramy po około 15 minutach. Jest tutaj kolejne schronisko oraz pole namiotowe.
Schroniska są naprawdę bardzo blisko siebie, dlatego też nie zatrzymujemy się. Kierujemy się dalej w dół, bardzo przyjemną drogą biegnącą wśród pięknych, górskich pejzaży.
Poruszamy się teraz żółtym szlakiem, aż do Hali Redykalnej znajdującej się na wysokości 1060 m n.p.m.
Następnie docieramy do Hali Boracza, przy której znajduje się kolejne schronisko. Stąd mamy jeszcze około 40 min drogi czarnym szlakiem, aby dotrzeć do samochodu.
Podsumowując: cała wycieczka zajęła nam około 3,5 h marszu. Poziom trudności oceniłabym na łatwy. Jedynym bardziej wymagającym odcinkiem było początkowe podejście (300 m w górę na odcinku 1,5 km).
Ze względu na ilość schronisk po drodze, myślę że to dobra trasa dla początkujących piechurów oraz dla rodzin z dziećmi.
Jeżeli Wy również jesteście pizzowymi łasuchami, szczerze mogę polecić Wam przepyszne miejsce na mapie Sopotu. Pizzeria Prosto Pizza i Piwo – zlokalizowana zaraz koło dworca kolejowego.
Jak sama nazwa wskazuje, znajdziecie tam głównie pizzę i piwo, które są idealnym duetem.
W menu możecie znaleźć około 20 różnych wariacji smakowych.
Próbowaliśmy już wielu z nich, ale zdecydowanie mamy tutaj swoich dwóch faworytów:
Tartufo – czyli pizza z mascarpone, czarną pastą truflową, pieczarkami i mozzarellą.
Smak jest niesamowicie kremowy, a pasta truflowa jeszcze bardziej podkręca aromat pieczarek. Co więcej odkąd pani kelnerka zasugerowała nam, żeby dobrać jako dodatek pikantne salami – rozkochaliśmy się w tej pizzy ponownie.
Drugą naszą ulubioną, również z nieoczywistymi składnikami, jest pizza Salsiccia e Friarielli.
Włoska kiełbasa, dzikie brokuły, parmezan i mozzarella. Połączenie tych dwóch pierwszych produktów jest bardzo przyjemne dla kubków smakowych.
Na pewno nie dostaniecie tutaj pizzy neapolitańskiej – ciasto jest cienkie i chrupiące, co nam bardzo odpowiada, bo osobiście nie przepadamy za ciągnącym się ciastem.
Dodatkowym atutem jest to, że pizza powstaje na naszych oczach – pizzerman kręci placek za szybą, więc można go obserwować bezpośrednio z sali.
Tak jak wcześniej wspominałam, knajpa serwuje również bardzo dobre piwo. Nam bardzo posmakował Primator.
Na miejscu można też wypić bardzo dobre drinki.
A teraz garść praktycznych informacji.
Jeżeli chodzi o ceny, są bardzo przystępne i niewygórowane. Za pizzę zapłacimy około 20 – 30 zł.
Obecnie knajpa funkcjonuje w modelu z dostawą/na wynos. Jeżeli zamawiacie z odbiorem własnym, dodatkowo dostajecie 10% zniżki.
Czas oczekiwania jest bardzo krótki, za każdym razem jak dzwonimy, zamówienie jest gotowe do odbioru w ciągu 10 min – bez względu na to czy jest to środek tygodnia, czy weekend.
Gorąco zachęcam do odwiedzenia tego miejsca, gdybyście nabrali ochotę na pizzę. Dla mnie jest to najlepsza pizza jaką znalazłam w Trójmieście.
Trasa: Fusch – Nationalparkplatz (2369 m n.p.m.) – Fusch
Podczas naszego pobytu w Austrii, nie mogliśmy przepuścić okazji, aby wybrać się na najwyżej położoną wysokogórską drogę – Grossglockner Hochalpenstrasse.
Jest to niespełna 50-cio kilometrowa serpentyna, która wygląda niczym asfaltowy dywan wijący się wśród alpejskich szczytów Parku Narodowego Wysokie Taury.
Cała trasa jest niesamowicie malownicza i stanowi raj dla motocyklistów. Oczywiście można tam wjechać różnymi środkami transportu – samochodem, busem, rowerem, kamperem, itd.
Co ciekawe, droga ta jest przejezdna od maja do października. Najwyższy punkt, do którego można dojechać autem znajduje się na wysokości ponad 2500m! Możecie więc sobie wyobrazić, co się tam dzieje, kiedy spadnie śnieg.
Należy wziąć pod uwagę, że Grossglockner Hochalpenstrasse jest płatna i czynna w konkretnych godzinach, także planując wycieczkę dobrze to sobie wcześniej sprawdzić. Na wjeździe są też postawione bramki, także w wysokim sezonie mogą się tam tworzyć korki.
Mimo najszczerszych chęci nie porwaliśmy się na tak szalony pomysł, aby wjechać tam rowerem. Natomiast pewnego popołudnia, po wycieczce rowerowej widząc, że utrzymuje się piękna pogoda, postanowiliśmy przejechać tę trasę naszym busem.
Najodważniejszy kolega zasiadł za kierownicą – o dziwo tym razem nikt się nie wyrywał, żeby prowadzić…
Na Grossglockner Hochalpenstrasse można wjechać z dwóch stron – albo od strony północnej z miejscowości Fusch, albo od strony południowej – z Heiligenblut. My ruszamy od strony Fusch, przejeżdżamy przez bramki i rozpoczynamy niezapomnianą wspinaczkę wśród przepięknych widoków.
Na szczęście ruch nie jest zbyt duży, ponieważ mijanie się z autokarami mogłoby powodować chwilowy bezdech, szczególnie na zakrętach.
Dojeżdżamy do pierwszego punktu widokowego znajdującego się na wysokości 2407 m n.p.m.
Parkujemy na dość sporym parkingu, żeby bliżej przyjrzeć się tym zapierającym dech w piersiach widokom. Dodatkowo jest tutaj też restauracja – gdyby ktoś zapragnął coś zjeść w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Otaczające nas krajobrazy są fantastyczne. Dla mnie to drugie najbardziej malownicze miejsce w Austrii w jakim byłam – na równi z Doliną Krimmler Achental opisaną tutaj: https://cucumbrove.pl/dolina-krimmler-achental-rowerem/
Podchodzimy jeszcze kawałek wyżej, na kolejną platformę widokową. Okazuje się, że Grossglockner Hochalpenstrasse jest dość popularne wśród polskich turystów. Spotykamy całą grupę polskich motocyklistów i dość często daje się słyszeć polski język.
Po dłuższej przerwie ruszamy dalej. Wspinamy się jeszcze chwile w górę, przejeżdżamy przez tunel wydrążony w skale i droga zaczyna opadać w dół…
…aby potem znowu zacząć się wspinać.
W ten sposób docieramy do kulminacyjnego punktu wycieczki – Nationalparkplatz (2369 m n.p.m.) skąd rozpościera się fantastyczna panorama z najwyższym szczytem Austrii – Grossglocknerem (3798 m n.p.m.) w roli głównej. Co więcej możemy też zobaczyć niesamowity jęzor lodowcowy.
Dodatkowo znajduje się tutaj również restauracja, piętrowy parking, czy hotel.
Ponieważ słońce jest coraz niżej, postanawiamy powoli wracać, chociaż z pewnością można by tutaj spędzić klika godzin.
Zatrzymujemy się ponownie w punkcie gdzie mieliśmy pierwszy postój, żeby jeszcze raz spojrzeć na alpejskie szczyty skąpane w promieniach zachodzącego słońca.
Zjeżdżamy dalej w dół. Okazuje się, że to nie jest taka prosta sprawa, bus jest dość ciężki, a my mamy zapakowane z tyłu rowery.
Zaczynamy stresować się, czy nie spalimy hamulców. Ten strach potęguje jeszcze widok kampera jadącego przed nami, któremu zaczyna dymić się z kół.
Postanawiamy zatrzymywać się co jakiś czas, żeby busik trochę odpoczął.
Wbrew pozorom nachylenia tutaj są dość spore. Dużo odcinków to nachylenie na poziomie ok. 10%, są także fragmenty nawet po 15%. Mijamy też sporo znaków ostrzegawczych, aby uważać na hamulce.
Trasa ta jest bardzo wymagająca dla rowerzystów, ale zabawnie obserwuje się rowery zjeżdżające w dół, które osiągają takie prędkości, że wyprzedzają motocykle.
Na szczęście udaje nam się dojechać bezproblemowo do miejsca naszego noclegu.
Grossglockner Hochalpenstrasse jest miejscem, które zdecydowanie polecam odwiedzić podczas wojaży po Austrii. Ja z chęcią przejechałabym tę trasę jeszcze raz, a może kiedyś uda się rowerem…
Kiedyś byłam bardzo sceptycznie nastawiona do zimowych wycieczek w góry. Wydawało mi się to trudne, nieosiągalne i bardzo niebezpieczne.
Zimowe wejście na Turbacz, było jednym z pierwszych takich doświadczeń. Była to dość charakterystyczna data – Sylwester kilka lat temu. W tym roku postanowiliśmy to powtórzyć.
Siedząc przy stole i kończąc świąteczne smakołyki, zobaczyliśmy, że szykuje się niesamowita pogoda w weekend. Bez większego namysłu, padła decyzja, że zbieramy ekipę i wychodzimy na Turbacz!
Turbacz jest najwyższym szczytem w pasmie Gorców i rozpościera się z niego przepiękny widok na Tatry i nie tylko.
Dla ciekawskich oraz wtajemniczonych, przebiega przez niego także Główny Szlak Beskidzki (GSB). Również ciekawe jest to, że przy schronisku na Turbaczu krzyżuje się co najmniej kilka szlaków, więc można tutaj dotrzeć z różnych stron.
My natomiast wybraliśmy naszą ulubioną i równocześnie najbardziej widokową trasę – zielonym szlakiem wychodzącym z Nowego Targu – Oleksówek.
Pierwszy odcinek szlaku prowadzi drogą asfaltową, z której dość szybko odbijamy w las. Na dole śniegu nie ma jakoś bardzo dużo, natomiast na początku witają nas oblodzone kamienie, przykryte cienką warstwą puchu.
Podczas zimowych wędrówek bardzo dobrze jest wyposażyć się w raczki, stuptuty oraz kijki. Nie są one bardzo drogie, natomiast niesamowicie przydatne.
Po pierwszym bardziej stromym fragmencie biegnącym przez las, wychodzimy na polanę, gdzie naszym oczom ukazują się tatrzańskie szczyty.
Robimy krótki odpoczynek, by chłonąć witaminę D oraz widoki i ruszamy dalej. Towarzyszy nam niesamowita pogoda. Błękit nieba, piękne słońce, ośnieżone drzewa… Im wyżej wychodzimy, tego śniegu jest coraz więcej.
Na szczęście na szlaku nie ma zbyt dużych tłumów – zapewne jest to spowodowane ilością szlaków prowadzących na szczyt.
Większość trasy jest zaśnieżona, a miejscami pojawiają się spore płaty lodu, które stają się później utrudnieniem, głównie przy schodzeniu.
Po drodze mijamy także kilka chatek, które wpisują się w ten górski krajobraz.
Niesamowite jest to, że w górach śnieg jest bardzo czysty. Dzięki temu przepięknie skrzy się w promieniach słonecznych i odcina się na tle błękitnego nieba.
Dalej dochodzimy do kolejnego, bardziej stromego podejścia, które prowadzi już praktycznie pod samo schronisko.
Bardziej stromego w stosunku do całej trasy, która jest raczej łagodna.
Następnie docieramy pod schronisko, które znajduje się około 10 min przed szczytem. Widząc, że tutaj ludzi jest już zdecydowanie więcej, decydujemy się najpierw wyjść na szczyt, a później w drodze powrotnej zatrzymać na krótki odpoczynek.
Droga od schroniska na szczyt jest niesamowita. Wąska, biała ścieżka, wśród ośnieżonych drzew. Krajobraz jest naprawdę bajkowy.
Sama natura maluje najpiękniejsze obrazy.
Po ponad dwóch godzinach niespiesznej wędrówki zdobywamy szczyt – 1310 m n.p.m. Robimy kilka zdjęć i schodzimy z powrotem pod schronisko, ponieważ głód daje nam się we znaki.
Pod schroniskiem znajdujemy wolny stół i wyciągamy nasze zapasy oraz gorącą herbatę. Obowiązkowa podczas zimowych spacerów – najszybciej rozgrzewa organizm od środka.
Nie rozsiadamy się jednak zbyt długo, ponieważ kiedy przestaliśmy się ruszać, coraz bardziej odczuwamy te -8 stopni u góry.
Ostatecznie decydujemy się na zejście tą samą drogą. Po pierwsze, żeby dotrzeć do samochodu pozostawionego na parkingu, po drugie już wiemy czego możemy się spodziewać na szlaku.
Poza śliskimi kamieniami pod koniec trasy – dość sprawnie i bez wysiłku schodzimy na dół.
Przejście całej trasy zajęło nam lekko ponad 4h. Jest to bardzo przyjemna wycieczka – polecam ją na każdą porę roku.
Myślę, że jest również fajną opcją na rozpoczęcie swojej przygody z zimowymi wędrówkami po górach. Trasa nie jest trudna technicznie i zagrożenie lawinowe jest praktycznie zerowe. Można spotkać po drodze wielu ludzi również z dziećmi.
Ciekawą alternatywą jest zabranie ze sobą „jabłuszka”, na którym można zjeżdżać i trochę przyspieszyć sobie czas zejścia. Oczywiście nie da się tego zrobić na całej trasie, ale na pewno na niektórych odcinkach.
Kontynuując rowerowe szaleństwo w Austrii, postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę rowerem wokół Zeller See.
Ponownie byliśmy pozytywnie zaskoczeni przygotowaniem tras rowerowych oraz ich oznakowaniem.
Za punkt startowy obraliśmy miasteczko Niedernsill, gdzie udało nam się bezpłatnie zaparkować busa (to nie ten czerwony…) koło stacji kolejowej.
Sama trasa wokół jeziora wydała nam się zbyt krótka, więc postanowiliśmy ją trochę wydłużyć i zacząć kilka miasteczek wcześniej.
Była to dobra decyzja, ponieważ dzięki temu przejechaliśmy bardzo malowniczym fragmentem Tauernradweg.
Początkowo trasa biegła bocznymi, asfaltowymi uliczkami, na których ruch samochodowy był znikomy. Jeśli chodzi o innych uczestników, mijali nas głównie rowerzyści.
Natomiast widoki były przepiękne! Austriackie łąki i pastwiska z soczystą, zieloną trawą, nad którymi piętrzyły się góry porośnięte lasami.
Jeżeli chodzi o oznakowanie tras, bardzo ciężko byłoby się zgubić, ponieważ na każdym rozdrożu rozstawione były drogowskazy. Dzięki temu bez większego zastanawiania się, mogliśmy jechać przed siebie.
W trakcie wycieczki, co jakiś czas wjeżdżaliśmy do mniejszych lub większych, klimatycznych austriackich miasteczek.
Po przejechaniu około 11 km wjechaliśmy do miejscowości Kaprun. Jest to znany kurort zimowy, leżący u stóp lodowca Kitzsteinhorn, który w końcu także ukazał się naszym oczom.
Dodatkowo ciekawostką jest to, że znajduje się tam najwyżej położony punkt widokowy w Austrii, czyli platforma panoramiczna „Top of Salzburg”, która znajduje się na wysokości 3029 m n.p.m.
Dalsza część trasy, biegła wydzieloną ścieżką rowerową, która była wyłączona z ruchu samochodowego.
Dojechaliśmy nią do rzeki Salzach i dalej aż do głównej drogi. Minęliśmy także lotnisko, a nad naszymi głowami co parę minut przelatywały awionetki, które na nim lądowały.
W końcu po około 18 km pedałowania dojechaliśmy do celu naszej wycieczki, czyli do jeziora Zeller See.
Wokół jeziora poprowadzona jest świetnie przygotowana ścieżka rowerowa oraz piesza. Dodatkowo oferuje ono wiele atrakcji – od żeglowania, przez surfing, po pływanie na desce z wiosłem.
Nie mogliśmy się napatrzeć na błękit wody, w którego tafli odbijały się otaczające jezioro góry. Możecie mi wierzyć lub nie, ale te widoki były wręcz baśniowe. Dlatego warto zobaczyć to na własne oczy.
Jeśli chodzi o infrastrukturę wokół jeziora, to jest ona bardzo dobrze rozwinięta. Znajduje się tam wiele kawiarni i restauracji.
Postanowiliśmy więc zatrzymać się na małe co nieco. Usiedliśmy w ogródku jednej z kawiarni i zamówiliśmy strudel z jabłkami (Apfelstrudel) oraz kawę. Było naprawdę pysznie!
Dalej ruszyliśmy w drogę powrotną, która w większej części prowadziła tą samą trasą.
Cała wycieczka była mało wymagająca technicznie. No może oprócz ilości przejechanych kilometrów. Trasa była raczej płaska, z niewielkimi podjazdami, szczególnie w stronę Zell am See.
Jeżeli ktokolwiek z Was będzie szukał inspiracji na wycieczkę rowerową w Austrii, to serdecznie polecam wybrać się w tę trasę, wśród natury i pięknych krajobrazów.
Austria od zawsze kojarzyła mi się przede wszystkim z zimowym szaleństwem na alpejskich stokach narciarskich…
Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że ma dużo więcej do zaoferowania. Także dla rowerowych zapaleńców. Dolina Krimmler Achental pokonana przez nas rowerem, zmieniła moje postrzeganie Austrii.
Tylko jak tam się dostać…?
Pewnego dnia w naszych głowach zrodził się pomysł zagranicznej wycieczki rowerowej. Rozwiązaniom, które się pojawiały i kalkulacjom nie było końca. Nie pomagała również sytuacja pandemiczna, przez którą praktycznie do kilku dni przed wyjazdem nie byliśmy pewni, czy będzie można gdziekolwiek wyjechać.
Ostatecznie wynajęliśmy 9-cio osobowego busa, w którym poprosiliśmy o wyjęcie ostatniego rzędu siedzeń, przez co zyskaliśmy dodatkową przestrzeń na rowery.
W ten oto sposób na początku września wyruszyliśmy pięcioosobową ekipą na tygodniowy podbój Austrii.
Dolina Krimmler Achental - Wodospady Krimml
Pierwszą atrakcją, na której bardzo nam zależało, żeby tam dotrzeć i ją zobaczyć były wodospady Krimml oraz Dolina Krimmler Achental i zjeżdżenie jej rowerem.
Wodospad Krimml jest jednym z najwyższych w Europie, a woda spada tu trzema kaskadami, prawie 400 m w dół.
Wzdłuż wodospadu poprowadzony jest pieszy szlak z wieloma platformami widokowymi. Niestety nie jest ona dostępna dla rowerzystów, więc musieliśmy znaleźć alternatywną trasę, aby dostać się ponad wodospad. Tam bowiem otwiera się najwyżej położona a zarazem najdłuższa dolina w Parku Narodowym Wysokie Taury – dolina Krimmler Achental.
Jedną z opcji było pokonanie mozolnego i stromego podjazdu o przewyższeniu 400 m biegnącego częściowo asfaltem i drogą szutrową. Jednak stwierdziliśmy, że będziemy zmęczeni zanim tak naprawdę rozpoczniemy naszą docelową trasę.
Dojechaliśmy do parkingu pod wodospadami, gdzie zostawiliśmy busa.
Spod znajdującej się koło parkingu pizzerii Cascata, kursuje rowerowe taxi – bus z przyczepą na rowery – który za 15 euro od osoby wywozi chętnych nad wodospad.
Dzięki temu zaoszczędziliśmy około 40 min, a co ważniejsze sporo sił.
Nasza właściwa trasa rowerowa zaczyna się wraz z doliną biegnącą przez 20 km wzdłuż rzeki Krimmler Ache, która swój bieg rozpoczyna pod lodowcem.
Początkowo ścieżka przebiega bardzo blisko rzeki, a przed nami zaczynają wyłaniać się pojedyncze szczyty.
Jednak widok jaki ukazuje się naszym oczom, po przejechaniu paru kilometrów, przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Przed nami pojawia się przepiękna U-kształtna dolina otoczona alpejskimi łąkami, pastwiskami oraz wysokimi 3 tysięcznikami.
Jak dotąd nasze polskie Tatry, robiły na mnie największe wrażenie, jednak potęga i wielkość tych alpejskich szczytów, spowodowały, że był to najpiękniejszy widok, który na długo zapadł mi w pamięć.
Cały czas jedziemy łagodnie wznoszącym się szutrowym szlakiem i towarzyszy nam jedynie szum wartkiego nurtu rzeki oraz dźwięk pasterskich dzwonków krów, rodem z reklamy czekolady Milka.
Można spotkać ich tutaj bardzo wiele, pasą się one dość blisko ścieżki. Co więcej, zdarza się im też, przechadzać się środkiem drogi. Takie osobniki mijamy z duszą na ramieniu, nie wiedząc co nas może spotkać.
Po drodze przejeżdżamy też przez kilka mostków, na których znajduje się elektryczny pastuch. Trzeba przejechać przez niego dość sprawnie, aby nie wplątał się on między szprychy. Jeden z naszych towarzyszy został delikatnie popieszczony prądem, przez to, że chwycił dodatkowo za metalową klamkę hamulca. Nie polecamy… 🙂
Na szczęście ludzi na szlaku nie ma zbyt wielu. Mijamy głównie starszych Austriaków spacerujących z kijkami, bądź takich, którzy wyprzedzają nas na rowerach elektrycznych (spryciarze!) i tych jest znacznie więcej. Jak widać przejechanie Doliny Krimmler Achental rowerem jest bardziej popularne.
Dzięki temu wycieczka jest bardzo przyjemna, można chłonąć ciszę, spokój oraz bliskość natury.
Gdzieniegdzie mijamy również małe drewniane chatki oraz obserwujemy cienkie strużki wodospadów sączących się wśród skał.
Wraz z dalszą jazdą daje się odczuć, że mimo iż łagodnie, ścieżka nieustannie wspina się coraz wyżej i wyżej. Przemierzamy kolejne zakręty, aż wreszcie przed nami wyłania się lodowiec, który znajduje się na końcu doliny.
W końcu docieramy do miejsca gdzie droga się urywa i z tego miejsca rozpoczyna się już jedynie szlak pieszy prowadzący na szczyt. Jesteśmy pod wrażeniem wielkości masywu górskiego, u którego podnóża się znajdujemy. Niestety nawet najlepsze zdjęcia nie są w stanie tego oddać.
Co ciekawe tuż za nim są już Włochy.
Robimy sobie przerwę na ciepłą herbatę i kanapki, ponieważ w takim miejscu wszystko smakuje wyśmienicie.
Pora jechać na dół! Na szczęście droga powrotna to sama przyjemność – 20 kilometrowy zjazd wśród pięknych widoków.
Po drodze postanawiamy zboczyć do znajdującej się przy trasie i istniejącej jak się okazało od 600 lat karczmy górskiej – Krimmler Tauernhaus.
Zamawiamy tam zimne piwo oraz próbujemy lokalnego sera, który jest bardzo delikatny, kremowy i wygląda jak papirus.
Obok karczmy znajduje się też bardzo klimatyczny, drewniany kościółek, idealnie wpisujący się w alpejski krajobraz.
Ruszamy dalej, a naszym kolejnym przystankiem jest platforma widokowa znajdująca się na szczycie wodospadu Krimml. Można stąd obserwować ogromny masyw wody, który nagle urywa się i spada.
Następnie dojeżdżamy do punktu, w którym na początku naszej wycieczki wysadził nas pan taksówkarz – bardzo wąski, 300 m tunel, bez żadnego żadnego oświetlenia oraz z wodą kapiącą nam na głowy.
Stąd już mamy jedynie do pokonania stromy zjazd, którym docieramy do parkingu pod busa.
Jeżeli kiedykolwiek będziecie w Austrii, z całego serca polecam udać się pod wodospady w Krimml. A jeszcze bardziej przemierzyć Dolinę Krimmler Achental rowerem lub przejść się nawet jej fragmentem. Trasa jest idealna na całodzienną wycieczkę rowerową, nie jest ona bardzo wymagająca, jednak można się zmęczyć. Klimat i widoki wynagradzają wszystko!
W kolejnych wpisach opiszę pozostałe wycieczki rowerowe, które udało nam się zrealizować w Austrii.
Ślad wycieczki zapisany w aplikacji Garmin Connect